środa, 1 sierpnia 2012

Ingolstadt, dzień ostatni

http://www.youtube.com/watch?v=oG6pEolAKm8

Wyjeżdżałam z Lubonia przy dźwiękach tej piosenki. Banalne, ale prawdziwe, akurat Radio Merkury zagrało.

I nic się nie kończy, bo przyjdzie nowe. Już po południu będę gdzie indziej, z innymi ludźmi. A potem...hej, kto to może wiedzieć.

Nie wiem czy to ostatnia notka. Może będzie za miesiąc jakaś analiza słynnego syndromu poerasmusowego.  Pożyjemy, zobaczymy.

Nie chcą kleić się zdania. Siedzę w kuchni, patrzę za okno i myślę, że to był dobry czas. Dziękuję, że przeżyliście go razem ze mną.

wtorek, 31 lipca 2012

W jak Wigilia Wyjazdu

Wyjeżdżałam do Niemiec 13 kwietnia. Miałam do zrobienia ostatnie prasowanie, więc rozstawiłam sobie cały majdan i prasowałam, jednocześnie oglądając "Czterech pancernych". To był ten odcinek z Hermenegildą, akurat daty się zgadzały.

Dziś muszę ogarnąć pokój, żeby mi się raźniej pracowało, słucham sobie piosenek wojskowych. I chociaż wkurza mnie niemiłosiernie robienie z Powstania Warszawskiego totalnie popkulturowej papki dla hipsterów, to zdaje się już kiedyś tu wspomniałam jak bardzo lubię "Zakazane piosenki". No i nieraz mnie tu ściągały na ziemię:)

Nie chcę żeby zrobiło się tu zbyt poważnie, ale ostatnio mieliśmy fascynujące dyskusje o patriotyzmie. Francuz, Amerykanka, Niemiec i ja. Julie opowiadała, że w USA żołnierz jest jak bóg, stawia im się w restauracjach, a ludzie mają duży respekt dla munduru. Niesamowite są opowieści Niemców, takich w moim wieku, oni gdzieś dopiero w okolicach mundialu w Berlinie (2006 rok, my akurat wracaliśmy z Ołomuńca przez Berlin, świetny wyjazd chóralny...i jeszcze nielegalne picie piwa w Czechach:), dowiedzieli się, że hymn narodowy ma jakieś słowa i że wolno wymachiwać flagą na ulicy. Francuzi- przy całym ich zadufaniu, poczuciu wyższości wobec innych krajów, chyba nie są zbyt wylewni jeśli chodzi o miłość do ojczyzny. Bo państwo to polityka, a oni są zazwyczaj jednoznacznie za lub przeciw konkretnym partiom i politykom, stąd może ten dysonans. Ale mają też silną tożsamość regionalną. Ja dużo nie mówiłam, bo musiałabym opowiedzieć historię Polski począwszy od bitwy pod Cedynią, albo właściwie od chrztu. A jakoś mi się niespecjalnie chciało. Tak sobie tylko myślałam co jest z nami. Z nami jest tak, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Przynajmniej ze mną tak jest. Ale i tak, żal odjeżdżać.

Postaram się o klamrę kompozycyjną na jutro. Pozdrawiam i idę..prasować.

piątek, 27 lipca 2012

Moja chwila prawdy.

Miałam prowadzić zdrowy tryb życia- przy tej ilości piwa się nie da.

Zabrałam ze sobą ponad 20 książek. Przeczytałam 11,a "Twierdza", czytana dokładnie od dwóch lat, jak ją położyłam na szafce przy łóżku, tak tam leży nieruszona od 14. kwietnia.

Nie jadłam masła ani masłopodobnych wyrobów. Wyjaśnień szukajcie w pierwszej notce. Polski chleb i polskie masło są nie do zastąpienia.

Nie zwiedziłam Ratyzbony, a jest tak blisko. Jest też po drodze z Polski (jakby się mocno uprzeć), więc jeśli przyszłoby do ponownego odwiedzenia Ingolstadt, można by jechać przez Ratyzbonę.

Słynna marchew. Ciężki temat, bo najtaniej wychodziła w dużych ilościach, a dużych ilości jedna osoba nie jest w stanie zjeść w krótkim czasie. Raz zepsuło się całe 2 kilo, potem zaczęłam kupować tyle ile potrzebowałam, oczywiście proporcjonalnie przepłacając.

Zaczęłam biegać od pierwszego dnia i udawało się nawet regularnie. Potem złapałam ten gruźliczy kaszel i raczej było słabo. Także od początku lipca nie byłam ani razu biegać, jednak...kto wie co będzie po powrocie do domu.

Był taki film, po polsku dość głupio nazywa się "Smak życia" i jest o Erasmusie. Bardzo warto go zobaczyć, a potem wyjechać i robić swoje. Bo to jest francuski film, więc oczywiście jest dużo seksu i jedzenia. I jest o Hiszpanii, więc imprezują na potęgę. A w Ingolstadt jest po prostu inaczej. Dla zainteresowanych: http://www.youtube.com/watch?v=AsvJFtUDfl0&feature=related
http://www.filmweb.pl/Smak.Zycia
Mieliśmy porównywalny bajzel w mieszkaniu, bo zamiast całej Europy, mamy tu cały świat i jest nas więcej.

Przyszła sukienka, a jeszcze nie jestem pewna co z balem... Dziś mam nadzieję dość jasno wyłożyć komu trzeba jakie są moje oczekiwania w stosunku do jutrzejszego wieczoru. Ale ponoć ma padać.

Większość koleżanek na wieść, że wyjeżdżam wykazywała niezdrowe podniecenie. Przyzwyczaiłam się do sugestii "wyjedziesz, kogoś poznasz, będzie super, nawet Niemiec, Niemcy są przystojni". Znów, wiedziałam i robiłam swoje. "Najwięcej smaku jest w polskim chłopaku", a logistyka spotykania się w połowie drogi, raz na 3 tygodnie albo coś takiego, zdecydowanie mnie przerasta. Miłość nie wybiera, blabla, krew nie woda, blabla, serce nie sługa... Zdrowy rozsądek górą. Dobrze mieć międzynarodowe grono znajomych, kupę świetnych kolegów, z którymi relacje są jasne i klarowne. Każde odstępstwo od tej normy oznacza niepotrzebne trudności, a ja, maksymalizując użyteczność, unikam trudności i problemów.

Powinnam zrobić jakieś zakupy, prezenty dla koleżanek i rodziny itd. Ale co się teraz przywozi z Niemiec, kiedy i Haribo i Toblerone i Persil są już do kupienia w Polsce?

Kończę. Powoli się pakuję i porządkuję pokój, za chwilę idziemy na kolację do bawarskiej knajpy, a potem jeszcze oficjalna uniwersytecka impreza kończąca semestr. Podoba mi się słowo Abschluss.

czwartek, 26 lipca 2012

Jest lipiec! Jest koniec! Nie ma już prawie nic...

Dziś imieniny Ann. I Aneczek. Przyszła panna młoda pojechała z przyszłym panem młodym nad morze, nałapać jodu i zdrowej opalenizny. A ja, niespodziewanie, miałam dziś ostatni egzamin, czym samym zakończyłam semestr letni w Ingolstadt School of Management. Ciekawe było to, że oni tu wcale nie mają egzaminów ustnych, a to była właśnie finałowa prezentacja. Zmieściliśmy się z Łukaszem idealnie w czasie, udało mu się powiedzieć "mierzalna" zamiast "mizerna" (w kontekście polskiej ekonomii, niby kilka głosek, nawet po angielsku, ale robi dramatyczną różnicę), a ja nawet zarzuciłam idiomem. I poszło super, a po co te nerwy? Po co te noce zarwane?

Poniedziałkowy egzamin, delikatnie mówiąc, nie poszedł mi zbyt dobrze. Ale to widocznie nauczka, żeby nie było, że na tej uczelni taki słaby poziom. W razie czego, formalnie nie będzie problemu, jednak po cichu liczę, że zważywszy na mój wkład w wykłady i nie do końca równe szanse, wpadnie jakieś 4.0. Na marginesie, jak czyjaś babcia chodziła do szkoły "w okupację", to wiadomo, że przyswoiła niemiecki system ocen. Więc 5 to tak jak 1 itd. Także po raz pierwszy w studenckiej karierze ucieszyłabym się z 2.

Wyjechały Fińczyki, wyjechał Taj. Poleciał do krainy uśmiechów, w październiku wróci i zacznie karierę jako pan magister inżynier w Stutgarcie. I smutniej tu bez nich, moje chłopce kochane. Śmiesznie, zanim się rozstaliśmy, było kilka pożegnalnych imprez, ale też wyjątkowo smętny niedzielny "torcik". Siedzieliśmy przy torciku, słońce grzało, coś nawet mocniejszego na stole stało, tylko, ze nikt nie miał siły i ochoty pić. I tak sobie rozmawialiśmy o pracy, o studiach, o życiu rodzinnym. Wyszło na to, że niezaprzeczalną okazją żeby znów się zobaczyć, będą nasze śluby. O zgrozo, przegapiłam chyba moment, kiedy to się zaczęło. Biorą z naszej półki już od jakiegoś czasu, niektórzy już nawet z przychówkiem, ale akurat tych ludzi, wiecznie imprezujących a potem wiecznie skacowanych, wyprawiających różne dziwne rzeczy trudno mi sobie wyobrazić w roli mężów. Może Fińczyki jeszcze, bo to chłopaki jak złoto, ale na pewno nie całą zgraję macho i tych łysiejących może i owszem, ale wciąż bardzo dziecinnych Niemiaszków.

Grzmi i pada. Wyjeżdżam w środę. Zabieram plecak i najpotrzebniejsze rzeczy i do Altotting na Europejskie Forum Młodych. Taki czas pomiędzy, jeszcze w Niemczech, a już nie w Ingolstadt, ciągle nie w domu. Bez dostępu do internetu,a z tyloma ludźmi będzie można się w końcu zobaczyć- czasem po paru tygodniach niewidzenia, czasem po całym roku. Nie mówiąc już o nowych znajomych. Będzie dobry czas...

Postaram się jeszcze napisać, zanim zamilknę na czas jakiś lub na amen. Trochę sprzątania, trochę papierzysk do załatwienia, trochę zakupów, chciałabym jeszcze napisać swoją część raportu, bo na to na pewno czasu w Polsce nie będzie.

Tymczasem pozdrawiam, za oknem pachnie naozonowane powietrze.

piątek, 20 lipca 2012

Towaju nie będzie, tjaktoj się zepsuł.

Tydzień minął i póki co na koncie same sukcesy. Udało mi się nie zamordować kolegi z grupy, nawet na niego nie nakrzyczałam, a zachowywał się wyjątkowo słabo. Gwiazdorzył, spóźniał się, w dodatku dziś przy omawianiu prezentacji prof. Gelbrich najwięcej uwag miała do jego części. Potem jeszcze poszedł się jej tłumaczyć...smutna postać. Nieuzasadnione poczucie własnej zajebistości, klasyczny przypadek.

Poza tym zdam egzamin z niemieckiego- nie był aż taki zły. Środowa prezentacja poszła też zupełnie dobrze.

Coś mi się stało w głowie dziwnego. Wczoraj wyszłam z egzaminu i poszłam do biblioteki się pouczyć, a kolejny egzamin jest dopiero w poniedziałek.
Istnieją na świecie różne rodzaje ciszy, ale cisza niemieckiej biblioteki jest chyba najcichszą z cisz. A większość studentów jeszcze dodatkowo zatyka sobie uszy. I siedzą biedaki po kilka godzin. Ja z nimi, bo nie wiedzieć czemu, wjeżdża mi to na ambicję. Może jest to nawet pozytywny przejaw presji otoczenia, gdybym tak mogła zostać z tydzień- dwa dłużej to może nawet ruszyłabym pracę magisterską. Tu aż chce się pracować. Wczoraj przeżyłam też małe wniebowzięcie, weszłam na ostatnie piętro (a biblioteka jest przerobiona z kaplicy, wierzcie lub nie- ale jest dość wysoko), a tam...całe regały książek z polityki społecznej. Z czego spora część po angielsku, gdyby tak jednak lepiej znać niemiecki, byłoby to dość ciekawe, postudiować typowo mój kierunek właśnie tu, gdzie ordoliberalizm i chrześcijańska demokracja. A propos chrześcijańskiej demokracji, to młodzieżówka organizuje za tydzień bal na zamku. Są ambitne plany pójścia, byłby to niezły akcent na koniec.
Dziś mamy iść z kolei na koncert sponsorowany przez Audi, będzie film i muzyka na żywo, wszystko w plenerze. Malownicza sceneria, czerwone wino i radość życia. A potem pewnie kolejna z serii pożegnalnych imprez, tym razem wyjeżdża nasz ziomek zza oceanu, dostanie w prezencie polski szalik.
W związku z powyższym, bezwzględnie zaczynam się uczyć.

Miłego weekendu!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Nie za dużo funkcji życiowych?

W czwartek egzamin z niemieckiego. W środę prezentacja. Jutro trzeba będzie się trilokować. Za oknem słońce, silny wiatr, pachnie woda i pachną wakacje. Jeszcze tylko dwa tygodnie... Dość intensywne, bo trzeba się uczyć, żegnać, sprzątać, kupować, sprzedawać. 

W naszym mieszkaniu panuje jakieś cholerne prawo Murphy'ego tudzież prasłowiańska prawidłowość "jak nie urok, to sraczka". Ciągle coś jest nie tak, albo nam się rury zatykają, albo nie ma papieru toaletowego, albo ktoś zastrajkuje z wynoszeniem śmieci. Ostatnio natomiast zepsuł się czajnik elektryczny. Także chwilowo wodę na herbatę grzeję sobie w garnuszku. Zapamiętać- nie kpić nigdy więcej z gotowania wody w garnku, mycia się w misce, prania w rzece- nigdy nie wiadomo co się może w życiu przytrafić.

A propos herbaty, w dniu kiedy byłyśmy w Bambergu, meksykańska grupa inicjatywna zorganizowała w naszym mieszkaniu drugą już międzynarodową kolację. Nie miałam nic w lodówce, nawet jajek. Z polskich produktów została mi Saga oraz paczka kisielu Gellwe. Zrobiłam kisiel i znów była kupa śmiechu.  Wyżej wymienieni meksykanie stwierdzili, że prawdziwemu macho nie przystoi tego jeść. Koreańczyk powiedział: "To najdziwniejsza rzecz jaką kiedykolwiek jadłem", nie no wiadomo, te trochę mąki ziemniaczanej i barwników to zdecydowanie egzotyka, zwłaszcza kiedy jada się psy. Co tam wódka, co tam piłkarze, co tam modelki- kisiel to nasz skarb narodowy.

W sobotę byliśmy w Neuschweinstein. Odrobina kiczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale wnętrze zamku dość rozczarowujące. Wszędobylskie Wagnerowskie motywy, oboje z Szalonym Ludwikiem byli siebie warci, niezłe jazdy musieli mieć, ciekawe tylko od czego. Pewnie z nadmiaru świeżego powietrza, bo akurat tego jest tam pod dostatkiem. I jak okiem sięgnąć przepiękne krajobrazy, pola, wzgórza i jeziora. Ale zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam- kicz okrutny to wszystko. No i trzeba sobie porobić milion zdjęć i następnie wrzucić na facebook'a. Urocze.

A w sobotę była mała impreza i nie przyszedł Hans. Byliśmy wręcz zawiedzeni. Może pukał, a my nie słyszeliśmy, bo nagle się okazało, że jednak można zamknąć drzwi wejściowe. Zwykle stoją jak brama w Soplicowie, "na wciąż otwarte".

Serwus!

czwartek, 12 lipca 2012

So long, farewell ,auf Wiedersehen, goodbye

W zeszłym tygodniu wpadliśmy na 2 godziny na imprezę do Any. Ana jest ze Stanów i oczywiście mówi po takiemu angielskiemu, że nikt z nas nie rozumie. Ale jest bardzo miła i jak się okazało jest też wspaniałą gospodynią. Najśmieszniejsze było, że kiedy w końcu dotarłyśmy z Magdą do mieszkania, tam byli prawie sami panowie i to dość znacząco od nas starsi. Myślałam żeby wyjść tak szybko jak weszłyśmy. Ale dopadła nas gospodyni i znalazło się kilka znajomych osób. A potem okazało się, że cała reszta to wojskowi. Jak gdyby to miało poprawić sytuację. Przypałętał się nawet lokalny Hans Kloss, urodzony w Gdańsku, wychowany w Lubece, mówi po polsku i pracuje w Bundeswehrze. Jednakowoż pić uczył się w Niemczech, spił się biedak jak Messerschmitt (a nota bene robi w obronie przeciwlotniczej), zaczął się oświadczać i co nie tylko. Było dość śmiesznie.

Wczoraj natomiast było pożegnalne party Łukasza. Problemem był lokal, bo trwa sesja i nie wolno robić imprez w akademikach, Niemcy zabronili i koniec dyskusji. Wystawiliśmy więc co się da z naszej kuchni, zaopatrzyliśmy się w jedzenie-oczywiście za dużo- Magda zrobiła sałatkę, ja upiekłam niepoprawnie politycznego Murzynka a o 20 zaczęliśmy czekać na gości. Przybywali falami, robiło się coraz głośniej, coraz ciaśniej, coraz później. Było przesympatycznie, ale spodziewaliśmy się niezapowiedzianej wizyty sąsiada. Mamy tu takiego lokalnego głupka, ostatnio w sobotę wpadł o 22:59 żeby zapowiedzieć, że za minutę kończymy imprezę. Mówimy na niego Hans, bo jest świńskim blondynem i lubi krzyczeć po niemiecku. Wleciał też wczoraj z tym swoim histerycznym błyskiem w oku, bo rzekomo jego dzieci nie mogą spać przez naszych gości na balkonie. Pokrzyczał, pokrzyczał, Ruhe bitte, Polizei, raus, raus i poszedł. Impreza skończyła się ogólnym sukcesem, goście poszli w miasto i wychwalali gościnność Schaeffbraeustrasse. To by się zgadzało, u nas każdy czuje się jak u siebie, zwłaszcza sąsiad. To chyba pogwałcenie miru domowego, tak sobie wbijać do obcych w końcu ludzi wieczorami i krzyczeć. Może my powinniśmy zadzwonić po policję.

Zaprosiliśmy też wyżej wspomnianego polskiego-niemieckiego żołnierza. Oli był oczywiście pod wrażeniem polskiej organizacji i gościnności ("taki efekt przy tak skromnym budżecie"), absolutnie rozczulił mnie tekstem: "Ale gdzie są kapcie dla gości?". Jeszcze tego brakuje, żebyśmy kazali ściągać buty przy wejściu:)

Dziwnym trafem kuchnia wyglądała po imprezie lepiej niż przed. A rano Santtu zapytał jak się udało party, bo zasnął jak dziecko o 21.

A w sobotę pewnie znów będzie impreza w naszej legendarnej kuchni.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Ojcoland ponad wszystko

Serwus!

Zeszło mi od ostatniego wpisu. W piątek była impreza, w sobotę była impreza, niespodziewanie wczoraj z niczego zrobiła się impreza i długie nocne Polaków rozmowy. A dziś przez pół dnia chorowałam.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują nieuchronny koniec semestru. Bo i egzaminy i co chwilę pożegnalne imprezy, a kalendarz też nie chce pomóc. Więc próbujemy jeszcze wycisnąć co się da i przede wszystkim pozwiedzać co warto.

W sobotę byłyśmy w Bambergu. Kolumbijka, Rosjanka, Włoszka, dwie Polki. Pogoda odpowiednia, zwłaszcza na tę ilość chodzenia. Piękne miasto, coś jak Rzym albo Wenecja. Zupełnie nieniemieckie, a zwłaszcza niebawarskie- to już Frankonia. Więc zamiast piwa piją wino, na zboczach pagórków rosną winorośle. Architektura monumentalna, ale właśnie bardziej w południowym stylu. Poza tym wszędzie mostki, woda wdziera się w najdziwniejsze miejsca. Całość przedstawia się niezwykle romantycznie i fotogenicznie. A poza tym, z Bambergiem łączy się wspaniała część wielkopolskiej historii.
W I połowie XVIII wieku, wsie otaczające Poznań były wyludnione w skutek wojen i epidemii. Jeden z biskupów, podczas podróży w okolice Bambergu właśnie, zobaczył, że tamtejsi rolnicy nie mają gdzie pracować- panował zakaz podziału majątków rolnych pomiędzy dzieci. Reasumując- u nas była ziemia, tam byli bezczynni ludzie, którzy nota bene byli świetnymi fachowcami. Władze Poznania zaprosiły więc osadników niemieckich aby osiedlili się na opuszczonych terenach. Warunkiem koniecznym była święta wiara katolicka. Przyjechali więc, w kilku falach, z czego pierwsi osiedlili się w Luboniu. Są na to papiery. Zaczęła się praca, zaczęło się życie, zaczął się "cud polonizacyjny". Pożenili się z Polkami, w kościele też tylko po polsku, widocznie było im u nas dobrze, skoro wkrótce zaczęli uważać się za Polaków. Nie zmieniły tego wojny, powstania, Kulturkampf. A słowo bamber stało się synonimem dobrego, bogatego gospodarza. Później zmieniło wydźwięk na mocno pejoratywny. ("Po czym poznać bambra w lecie? Po berecie"). Uwaga modowo- folklorystyczna. Właściwie nie ma ludowego stroju poznańskiego lub wielkopolskiego. Przyjęło się, że są Bamberki, są zwłaszcza na Boże Ciało albo na Święto Bamberskie, ale wszyscy wiedzą jak wygląda odświętny strój. Z kolei Bamberka na Starym Rynku nosi typowy strój codzienny, przecież nie będzie nosić wody z tym majdanem na głowie i w koralowych koralach koloru koralowego. Poniżej opis, ze zdjęciami. http://www.poznan.pl/mim/turystyka/stroj-bamberski,p,4791,4793.html

I właśnie o te zdjęcia się rozchodzi, bo są gdzieś w rodzinnych albumach zdjęcia prababć, które właśnie tak wyglądają. Nie ma w tym powodów ani do specjalnej dumy, ani do wstydu, ale czy to nie jest fantastyczne, mieć pewność, skąd pochodzi część rodziny? Ostatnio jakość szczególnie fascynuje mnie bamberska historia i jak babcia mi mówi, że mam bamberską bluzeczkę, to jest mi miło. I marzą mi się koralowe korale.
Fajnie wiedzieć co się działo z rodziną w 1719, trochę wody w Warcie upłynęło, a jednak są dokumenty i jest zupełnie niezwykła historia. Pozdrawiam w tym miejscu "prawdziwych Polaków" i innych domorosłych genealogów, dla których każde nazwisko kończące się na "ska/ski" to jest już oznaka nie wiadomo jakiego szlachectwa i prapiastowskiego pochodzenia.
Trochę mnie chwyciła nostalgia w ostatnią sobotę i przypomniał mi się Henri Lewandowski, którego oprowadzałam w kwietniu po Poznaniu. Usiedliśmy nad pyzami, prawie ze łzami w oczach zapytał po polsku: "Ja się tylko pytam, dlaczego oni wyjechali?". Dla chleba, Panie, dla chleba... W każdej rodzinie są historie emigracyjne, kiedyś ludzie przemieszczali się przynajmniej tak samo często jak teraz. A nie było samolotów.

Ściskam mocno!


czwartek, 5 lipca 2012

Ku! jak kuchnia.

Dzień zaczął się od późnego śniadania z literacką aluzją. Małdrzyki Kreski. Pycha.

Rok temu w lipcu, Małgorzata Domagalik podzieliła się z czytelniczkami "Pani" przepisem na zupę pomidorową dla Mężczyzny Idealnego. Zabrałyśmy się wtedy z Mamą i Aneczką za masową produkcję słoików z zupą ową na zimę, żeby nasz Tata miał co jeść. A my przy okazji. Pamiętałam, że to taki nieskomplikowany, a efektowny przepis, więc pierwsza myśl kiedy zachciało mi się zupy nie-instant to właśnie owa pomidorowa. Przez ułamek sekundy myślałam czy by nie zaprosić Kogoś na obiad, ale szybko mi przeszło.

Zupa wyszła i owszem, smakuje nawet w towarzystwie li i jedynie ekranu komputera i przy akompaniamencie stosownym:
http://www.youtube.com/watch?v=cRc3c_WD7RY
http://www.youtube.com/watch?v=BlxelewpCY4
http://www.youtube.com/watch?v=RFzyYYZsxGc

ale sporo mnie to kosztowało. Makijaż spłynął mi już przy obieraniu cebuli, mam pomarańczowe dłonie od marchewki... Najgorsze są jednak trzy ślady poparzenia. Taka jestem żona popa (błahaha). Ręce ok, ale dekolt? Co ja sobie myślałam kiedy z rozmachem przelewałam zawartość garnka do robota kuchennego. A potem jeszcze zamknięcie od owego ustrojstwa dwa razy mi odskoczyło, obryzgując krwistą mazią mnie i pół kuchni.

Nazwa przepisu powinna być ostrzeżeniem. Nie należy myśleć o Panu Idealnym w czasie gotowania. Grozi śmiercią lub kalectwem.


wtorek, 3 lipca 2012

Ponieważ ewidentnie muszę się uczyć.

Postanowiłam, wbrew wcześniejszym postanowieniom, napisać dziś osiem zdań na blogu. A potem zacznę się uczyć.

Wieje wiatr od pól, czuć zapach obornika po deszczu.

Był egzamin, jakoś poszło.

Jeśli kręcisz już się po mojej kuchni, pieprzony jeden z drugim maharadżdżo, chociaż tu nie mieszkasz i wcale nie powinno cię tu być tak często jak jesteś, bo jesteś praktycznie codziennie, to tak- wymagam od ciebie żebyś powiedział mi chociaż "hi" i wychodził z inicjatywą rozmowy, a jeśli z jakiegoś powodu nie rozmawiasz, to do ciężkiej cholery, powiedzże chociaż "sorry" jak chcesz włożyć coś do piekarnika, który chwilowo przesłoniłam, bo ja nie jestem bogini Śiwa i mam tylko dwie ręce i dwoje oczu, więc nie muszę widzieć, że akurat przestępujesz z nogi na nogę, bo chcesz coś zrobić, a nie możesz, no i nie mów, że ci religia zabrania odzywać się do niezamężnych kobiet albo coś, bo po pierwsze nie wiesz czy jestem niezamężna bo nigdy nawet ze mną nie rozmawiałeś, a po drugie witamy w Europie.

To tak tyle w temacie "Agata jest rasistką". Wcale nie jestem, wkurza mnie tylko elementarny brak kultury, europejskiej kultury w europejskim kraju.

Nie wiem czy z takim podejściem zaliczę ten cały "Marketing międzykulturowy."

niedziela, 1 lipca 2012

Pozory mylą

Od kilku dni codziennie wieczorami/ nocami grzmi i leje. W ciągu dnia duszno i parno. Ciekawa tu jest sytuacja pogodowa, chyba przez rzekę, często burzę tylko widać, czasem popada przez minutę i po deszczu. Ale dla odmiany teraz też pada, a jest po południu. I trzaska po dachach. Rozważam zakup gromnicy.

Adam, mój współlokator z Węgier, zapytał ostatnio czy znam takie miasto jak Wolsztyn. Oczywiście, że znam, uważam, że w kategorii miast do 15 tysięcy mieszkańców, może konkurować jedynie z Mosiną:) Adam pojechał do Wolsztyna z orkiestrą. On taki niepozorny, na początku się wcale nie odzywał, a się okazuje, że to zupełnie ciekawy facet. A przy okazji czarująco się uśmiecha.

Meksykanie to zawsze byli dla mnie "małe brudasy w wielkich kapeluszach", okazało się, że po pierwsze bywają całkiem wyrośnięci, a po drugie zwykle nie chodzą w sombrero. Reszta by się zgadzała. Chociaż, kuchnia po wczorajszej imprezie wyglądała skandalicznie, udało im się w miarę ogarnąć. W całym domu pachnie jednak karkówką z grilla. Mogłoby pachnieć gorzej, biorąc pod uwagę nasze problemy z drożnością rur. Z dwojga złego, że zapach rozbudza apetyt niż wzbudza inne odruchy.

Były prezentacje, były imprezy, jest niedziela i trzeba się uczyć. Rano byłam na mszy z udziałem miejscowego chóru, byłam w szoku, że kościół pełen ludzi, ale przeszło mi gdy zobaczyłam, że sam chór liczy chyba z 80 osób. Muzycznie- bardzo godnie, brzmiało i echo grało. Przy tym atmosfera była jednak dość rodzinna i sympatyczna, a to "jubileusz" był. Nawet nie byli równo ubrani. A ponoć Niemcy...

Nowy tydzień, nowe wyzwania. Dwa egzaminy, potem się zobaczy. Tymczasem wracamy do meczu. Wieczorem będę się uczyć, ewentualnie zobaczę karne.

czwartek, 28 czerwca 2012

Poznański czerwiec, ciąg dalszy.

Był taki dowcip, ponoć ulubiony dowcip Dziadka.
Po budowie biega facet z pustą taczką. Ktoś go pyta: "Panie, co pan tak biega z tą pustą taczką?" 
A on na to: "Panie, tu mamy taki zapieprz, że nie ma kiedy załadować".
Dokładnie jakoś tak się teraz czuję. Bo chociaż nie mam sesji w klasycznym wymiarze, to najbliższe dni zapowiadają się dość intensywnie. Dopinamy projekty (a jeszcze mi się nie zdarzyło pracować nad czymś aż tak długo i drobiazgowo...eh te Niemki), w przyszłym tygodniu dwa egzaminy, a w weekend urodziny Julie i dwa mecze. Z czego ważniejszy jest ten o 14 w Warszawie. Będę z chłopcami całym sercem. Go go go Devils Wrocław:) 
Dodatkowo, są akurat "te dni w miesiącu", kiedy mamy dyżur sprzątania. Mamy z Danielem, ale z niego jest taki nygus nieziemski, że zawsze się wymiguje. Spróbuję tym razem podejść go sposobem. Jak z dzieckiem. 
Byłyśmy w weekend w Norymberdze. Przepiękne miasto. Nawet w niektórych zakątkach zupełnie nieniemieckie. Tym bardziej, że na ulicy można było usłyszeć każdy inny,poza niemieckim, język. Dużo Rosjan. Podejrzanie i niebezpiecznie dużo. 


Na tęsknotę za Poznaniem pomogło poniedziałkowe wyjście na koncert. Gdyby tak zamknąć oczy, mogło się nawet wydawać, że to Pod Pretekstem, a nie Burgerhaus w Ingolstadt. Panowie super grali, próchno na widowni nawet się pod koniec rozhulało. I zaczęli klaskać do rytmu. Kultura muzyczna w Niemczech stoi na naprawdę wysokim poziomie, ze spontanicznością jest gorzej. 
Zostało jeszcze parę tygodni a już powoli przypomina nam się o zakończeniu semestru, jakieś papierzyska czekają na podpisy, potwierdzenia, pieczątki. 


Za oknem gorąco, końcówka czerwca przecież. 28, 29...te ważne daty czerwcowe...Dla Poznania i dla nas, jutro urodziny Aneczki i imieniny Taty. I święto w katedrze,a potem feta w parafii. A my tu będziemy się uczyć na Cross Cultural Management. 
Chyba z tej świadomości nieuchronności nauki, trochę poprasuję. A potem zamiotę pustynię i zacznę się uczyć. 


Pozdrawiam, pod nosem nucąc niechcącą się odczepić piosenkę:http://www.youtube.com/watch?v=FCJgaPjy2vk

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Missing P.

Wyjechałam na Erasmusa również dlatego, że miałam dość P. Niby go kocham najmocniej na świecie, ale jak długo można... Ma tę zachodnią energię i wschodni styl bycia, wciąż potrafi mnie zaskoczyć, ale coś między nami jest nie tak. Od dłuższego czasu staram się wkraść w jego łaski, chcę żeby mnie docenił i odwzajemnił moje uczucie. Poświęcam mu czas, trwonię pieniądze, inwestuję w nasz związek. On raz mnie przyciąga, raz odtrąca. Kusi szerokimi perspektywami, potem każe zadowolić się byle czym. Daje nadzieję na sukces i szczęśliwe życie, ale chyba tylko dla zupełnie wyjątkowych osób. Z drugiej strony, będąc tu doceniam bardziej jego zalety. Brakuje mi go, tego, że w nim wszystko jest tak jak być powinno. Jest tak samo otwarty jak konserwatywny. Z rozmachem, ale wciąż rodzinny, kameralny. I mieszczański i szalony. Ma swoje zakazane rejony, gdzie nie wolno się zapuszczać, ta tajemniczość jest intrygująca. Nikogo nie pozostawia obojętnym.

Są dni, że prawie o nim nie myślę. Tak bardzo zachwyca mnie nowa rzeczywistość wokół, że zapominam o tym co zostało w Polsce. Innym razem wszystko o nim przypomina, wyraźnie widzę jego zalety na tle innych. Zerkam sobie czasem na jego zdjęcia, próbuję być na bieżąco z jego sprawami, ale coraz dalej mi tam do niego. Co będzie po moim powrocie? W którą stronę pójdziemy? Ze mną, beze mnie, P. sobie poradzi, niejedno już przeszedł. Ale może będę w stanie mu zaoferować coś więcej. Nawet jeśli chodziłoby li i jedynie o niemiecki na poziomie A2.

Pewnie idealizuję go z daleka, zapominam powoli o wszystkim co mnie w nim wkurzało, a pamiętam to co piękne. Wrócę i się rozczaruję, jak to bywa. Po paru dniach będzie po staremu? Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?

Poznań, I love you and I miss you so much!

środa, 20 czerwca 2012

Zmokłeś ty, zmokłam ja, zmokły na drzewach kawki

Temperatury za oknem iście tropikalne, wilgotność powietrza wyższa niż ustawa przewiduje. Jak tu żyć? Dziś rano okazało się, że 7.30 to już za późno na bieganie. Jest już za gorąco. Trzeba spróbować wcześniej wstawać. Może w piątek.

Z góry przepraszam za jakość notki. Przez te upały wszystko i wszyscy kleją się do wszystkiego i wszystkich, ale myśli jakoś nie chcą się kleić.

Ostatnie dni mijały w rytmie: "mecz-piwo-piwo-mecz-zajęcia-piwo-mecz-impreza-piwo-piwo-piwo-oezualemisnieniechce-piwo-mecz". Kulminacją była sobota i wyjątkowo obfitujący we wrażenia wieczór. A w niedzielę rano w końcu poszłam na polską mszę. Było jak to w parafii, po mszy za to przed kościołem dało się słyszeć znajome "No wkurzyli mnie wczoraj, musiałem się napić".
Z Polakami już jakoś tak jest, gdzie się nie ruszyć tam się znajdą, albo znajdzie się ktoś kto się przyznaje do polskich korzeni. Ostatnio np. kolega z Chicago, taki tam Andy. Bądź też mój ulubieniec (chociaż, według Marcina on wygląda "jak ziemniak". A według mnie on wygląda jak Marcin:) Karol Stanisław Radomski, odrobinę tylko sfrancuszczony. Prowadzę sobie z nim niekończące się rozmowy o przyjaźni posko-francuskiej, już mu wyłożyłam co my myślimy o Napoleonie. I skąd się wzięła nasza najnowsza konstytucja. Wyjątkowo wdzięczny słuchacz.

Idalia przed wyjazdem powiedziała mi jedną rzecz. "Jak pomieszkasz trochę w Niemczech to docenisz Francję i Francuzów." O losie, jak bardzo miałaś rację!

W ubiegłym tygodniu zaczęłam i skończyłam czytać książkę o niedźwiedziu Wojtku. http://www.empik.com/niedzwiedz-wojtek-niezwykly-zolnierz-armii-andersa-orr-aileen,prod60690598,ksiazka-p Trochę słyszałam o tej historii, ale niestety nie jest to fakt jakoś szczególnie rozpowszechniony wśród ludzi w moim wieku. A to się na film nadaje.
Książkę czyta się rewelacyjnie, autorka jest Szkotką i bardzo ciepło wypowiada się o Polakach. A my lubimy jak ktoś nas chwali. Przy tym dość rzetelnie opisane jest tło historyczne, jednak bez popadanie w paramilitarne szczegóły.  Fantastyczna lektura, zwłaszcza jak się po 2 miesiącach za bardzo zaczyna lubić Niemców. O tak, wybaczamy, ale nie zapominamy.

Jest też nowy wątek w wątku fińskim. Santtu oświadczył się swojej dziewczynie w Salzburgu. Ta to ma szczęście, co za okolica na zaręczyny, no no... Chyba więc polecimy na ślub. 

Zaginęło mi mleko. Kupiłam w sobotę karton i nawet nie zdążyłam go otworzyć. W poniedziałek mleka w lodówce nie było. Napisałam więc wiadomość do "Złodzieja mleka" i lojalnie ostrzegłam- "wiem gdzie mieszkasz". Oby się sprawa jakoś polubownie rozwiązała, bo jeśli nie, to tak tego nie zostawię. Karton mleka piechotą nie chodzi.

Myślami jestem z moimi gwiazdami, które kończą właśnie studia. Paula, Basi- młode, genialne, pójdą w świat z wyższym wykształceniem wprost z Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza, piękna przyszłość przed nimi. Moje drogie panie magistry...

piątek, 15 czerwca 2012

Finki i fińczyki

Wróciła dobra pogoda!

W końcu udało nam się pojechać do Eichstätt , gdzie znajduje się nasza macierzysta uczelnia. Miasto urocze, ale tak na pół dnia. Magda poszła na zajęcia, a my z Łukaszem chodziliśmy sobie po tych uliczkach, nad rzeką, nad nami błękitne niebo. Przy obiedzie dotarła wiadomość o śmierci prof. Stuligrosza, Łukasz śpiewa w "Poznańskich Słowikach". Może lżej bym zniosła nowinę (w końcu profesor miał już swoje lata i nikt się nie spodziewał, że będzie żył wiecznie), gdyby nie fakt, że właśnie podczas tych dwóch godzin rozmawialiśmy o chórze. O życiu, o muzyce, o koncertach. O tym czym chór jest dla każdego, kto chociaż przez chwilę był jego częścią. Bo to jest więcej, niż wspólne śpiewanie. Więcej niż próby, wyjazdy, koncerty. Więcej nawet niż radość po owacjach albo nagrodach. Chór to jest Układ Słoneczny, dyrygent to nasze Słońce.

Notka miała być o Finkach i "Fińczykach". Mieszkam z dwoma kolegami z Turku, ale takiego w Finlandii a nie Turku koło Konina i koło Koła. Studiują jakieś inżynieryjno-marketingowy kierunek i są obaj absolutnie fantastyczni. Ville naprawił mi rower, Santtu jest zawsze skłonny do żartów i ma piekielnie mocną głowę. Lubią czystość i porządek, kiedy jest ich pora sprzątania, jest czysto jak rzadko. Ostatnio uprzątnęli wszystkie flaszki i wyrzucili naszą stertę gazet. "Fińczyki" mówi o nich Jessi:) Oboje polubili moją siostrę, Ville nie mógł uwierzyć, że wkrótce wychodzi za mąż. A propos, wczoraj mieliśmy rozmowę na damsko-męskie tematy, przyznał, że mija własnie 6 lat odkąd są razem ze swoją dziewczyną. Akurat w jej urodziny, nie miał żadnego prezentu, no to się zapytał. I tak już zostało. Generalnie Ville prezentuje takie podejście do życia. Ale rower naprawił w 15 minut. Fajne chłopaki te moje Fińczyki. Odwiedziła nas dziewczyna Santtu, Finka właśnie. Finka to taki nożyk mały, Erikka wygląda na dziewczynę ostrą jak brzytwa. Tak przy okazji, oni wszyscy mają podwójne literki w imionach, cały język jakiś taki "czkający". Najlepiej fińską wymowę naśladuje inny mój współlokator, Memo. Wzrusza ramionami przy co drugiej sylabie, tak mniej więcej oni mówią. Wygląda na to, że po powrocie do Polski będę polować na te słynne bilety lotnicze z Gdańska do Turku za 4 PLN. Żeby odwiedzić ten wspaniały duet, zwiedzić wioskę Muminków. W Turku mieszka też Artur, tyle mamy wspólnych wspomnień z żagli. I po żaglach. I te noce mazurskie i te ciężkie poranki...:)

Co ma wspólnego chór z Finami? Poza naszą małą obsesją z: http://www.youtube.com/watch?v=1ygdAiDxKfI jest jeszcze jedno. W Finlandii jest obowiązkowa służba wojskowa. W tym upatruję przyczyny ogólnej fantastyczności chłopców. Nauczyli się porządku, systematyczności, szacunku do autorytetów...Zupełnie jak w chórze. Musi być dyscyplina, ślepa ufność dyrygentowi, 100 procent zaangażowania. Może nie trzeba się tarzać po ziemi, ale często bywa wyczerpująco również fizycznie. Koleżanki z chóru są tak samo dobre jak koledzy z wojska. Albo i lepsze. 

Kończę na dziś, jedziemy nad jezioro. A potem na domówkę do akademika. Zapowiada się intensywny wieczór. 

środa, 13 czerwca 2012

Edelweiss, edelweiss...

...śpiewałam piekąc tydzień temu ciastka na wyjazd. Zainteresowanym polecam prosty i tani przepis na ciasteczka z piwem. Jakie to bawarskie, jakie to studenckie, jakie to poznańskie...http://ja-w-kuchni.bloog.pl/id,5430749,title,Ciasteczka-na-piwie,index.html?ticaid=6e9fb

Ciastka się upiekły, ja się spakowałam i poszłam spać. Ekipa z Polski, via Republika Czeska, miała przyjechać nad ranem. Zdziwiłam się gdy na zegarku zobaczyłam 8:40, a wciąż byłam u siebie. Przedłużyła im się droga, dotarli około 11. Po przekazaniu pakunków z domu (jedzenie, śpiwór i dętka rowerowa), pojechaliśmy na Augsburg. Była oczywiście Basia, reszta ekipy to: Lidka i Marta, Kamil i Karol, Lenka i Vojtech- nasze Pepiki. W Augsburgu czekała Asia. Wszyscy poza Basikiem (i Karolem:) to prawnicy, przyszli lub obecni. Wszyscy też, tu z kolei poza Martą, byli na Erasmusie w Salzburgu. Fantastyczna ekipa.

Zaczęło się. Waletowanie w akademiku, szalona gra w karty, piwo w biały dzień- bo przecież to Niemcy a poza tym długi weekend. Przyplątała się również piosenka wyjazdu: http://www.youtube.com/watch?v=gm6Zr61gXhc ze znamiennymi słowami: "Mam dwadzieścioro dzieci, moja żona jest piękna". Nieustający preteksty do żartów i domysłów. Pogoda na zwiedzanie była taka sobie, a najlepsza była chyba w piątek gdy akurat pruliśmy autostradą do Salza. Gdy już dotarliśmy, nad miastem wisiały grube, ciemne chmury. Ale nam to niestraszne. Basia wzięła mnie na porządne zwiedzanie. Dla niej podróż sentymentalna, dla mnie fascynujące odkrywanie przepięknego miejsca. Czego tam nie było...Rzeka, góry, kościół na kościele, trolejbusy. Uwielbiam miasta gdzie są trolejbusy. Chociaż to są, jak mówi mama, "cisi zabójcy". W ogóle nie słychać, że taki za tobą jedzie... A my szłyśmy. Basia jest świetnym przewodnikiem, pamiętała o tylu szczegółach. Wszechobecny jest w Salzburgu oczywiście Wolfgang Amadeusz Mozart (a co za tym idzie, japońskich wycieczek też jest sporo), ale też najpiękniejszy musical wszech czasów- "Dźwięki muzyki". Wspinamy się więc z Basieńką na wzgórze gdzie stoi klasztor, widać, że za chwilę lunie ulewa. Ale nic to. Basia: "A pamiętasz, jak ona na początku była w klasztorze? To to jest właśnie ten klasztor." Szkoda, że akurat było zamknięte, mogłyśmy trochę zostać z siostrzyczkami. Przed deszczem schroniłyśmy się w Billi, już na dole. W ogóle, wszystko co czeskie bardzo ubarwiało nam wyprawę. Niestety padało, więc w użyciu wielokrotnym było "szmaticzku na paticzku", Vojta cały czas poprawiał mój niemiecki i naśladował to jak my mówimy między sobą po polsku. Albo jak Basia mówi po chińsku. Kocham Czechów, każdego jednego. W piątek obejrzeliśmy mecze (z czego my z Basieńką połowę naszego w irlandzkim pubie, wchodzimy po jakiś 20 minutach a tam 1:0. Austriacy do nas "Lewandowski!!" a my "Aaa". Taka rozmowa.) Poszliśmy też potańczyć. Sobota taka jakaś leniwa, ten cholerny deszcz nie odpuszczał. Jednak pojechaliśmy na ekstremalny spacer do Niemiec:) Konkretnie nad Konigsee http://www.berchtesgadenerland.org/koenigssee.jpg i wodospad pod tylko nam znaną nazwą "Erasmus".  Na pamiątkę nabyłyśmy z Baśką apaszki z Edelweissem. Po południu i wieczorem na szczęście się wypogodziło, więc pochodziliśmy jeszcze trochę po przepięknym Salzburgu. Co się działo w Salzburgu, niech tam pozostanie. Ale jedno mogę przyznać- dawno się tak nie naśmiałam. A obsługa w tym niby najlepszym hotelu w mieście...oburzająco niekompetentna.

W niedzielę lało, tak dla odmiany, więc pojechaliśmy do kościoła samochodem. Byliśmy w katedrze, gdzie grywał swego czasu WAM. Potem na preclach, cała się wymazałam czekoladą. Wracamy, ja za niecałą godzinkę mam pociąg aż tu nagle...Okazało się, że naszymi autami interesują się policjanci. Ale tacy policjanci, że wszystkie miałyśmy miękkie kolana...Na szczęście był Karol i im wytłumaczył, że my nie rozumiemy, że my nietutejsi i niszt versztejen. Udało się uniknąć mandatu (znów, po czesku mandat to "pokuta"), udało się zdążyć na pociąg i znaleźć miłego wspólnika do Bayern Ticket. Przygoda zakończyła się dla mnie w niedzielę o 14, reszta ekipy dojechała do domów szczęśliwie. Po drodze zahaczyli o miejscowość o wdzięcznej nazwie Fucking. http://en.wikipedia.org/wiki/Fucking,_Austria

Basia wkrótce się broni, potem rusza na podbój świata. Jak udało nam się ustalić, znamy się bez mała od 13 lat. Kawał życia za nami, lepsza część wciąż przed nami. Ze śpiewem na ustach, z wakacjami na żaglach, z Maciusiem pod rękę...I tak dalej, aż po horyzontu kres. Barbaro, dziękuję za pokazanie mi przepięknego kawałka Twojego świata.

Bywajcie zdrowi i czekajcie na najnowszą notkę o "Finkach i Fińczykach".

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Dwunastego czerwca roku pamiętnego...

Jeszcze będzie o Salzburgu. Ale najpierw będzie notka okolicznościowa.

Dziś urodziny Magdaleny. A przy okazji dziesiąta rocznica pamiętnego spotkania na korytarzu gmachu przy Bukowskiej 16. Jak już wszyscy nieraz słyszeli, siedziała taka rozgwiazda w minówce i kwiaciastych martensach, podeszłam do niej ja, niebożę, przedstawiłam się i z miejsca...nie polubiłam. Było po teście, miałam katar, ona jakaś taka sztywna i chyba za cicho mówiła, skoro myślałam,że ma na imię Maria.
3 września, jak wychodziliśmy z 204 i szliśmy na WF podeszła i zapytała czy ją pamiętam. Wtedy wyglądała jak Pocahontas. I tak już razem poszłyśmy, najpierw po schodach, potem przez boisko szkolne i dalej w świat. Pocahontas i Babcia Wierzba. Flip i Flap. Pinki i Mózg. Andrzej i Eliza. Magda M. i Agata. Przy zastrzeżeniu, że Jachu jest lepszy niż ten beznadziejny Piotr, a ja z wiekiem jestem coraz mniej narwana.

Możemy rozmawiać godzinami, zwłaszcza na gadu-gadu, gdy jeszcze takie istniało. Teraz najczęściej jest facebookowy chat, ale cenimy sobie również maile. Uwielbiamy pisać maile, zwłaszcza te wakacyjne, potem się cudownie czyta przy herbacie w zimowe wieczory. Dziwnie było po 6 latach szkoły przestać się codziennie widywać, odprowadzać, na bieżąco żyć swoimi sprawami. Teraz jest jeszcze inaczej, ona kończy filologię germańską, a ja siedzę w Niemczech. A Magda też kiedyś prowadziła bloga...

Różnimy się tak bardzo, jak bardzo jesteśmy podobne. Książki, filmy (ze szczególnym uwzględnieniem "Przeminęło z wiatrem" oraz "Dirty dancing" i "Chłopaki nie płaczą"), muzyka-śpiew i taniec. Od zawsze Frank Sinatra, stare melodie, najpodlejsze disco polo. Jak o kimś rozmawiamy to potem ten ktoś często umiera. Co roku wspólnie pierniczymy i pierogujemy. Przeżyłyśmy razem biały szkwał- ja udawałam, że się nie boję, a Magda spokojnie wycierała podłogę. Tyle wspomnień, tyle historii. Wszystko jednak przy diametralnych różnicach światopoglądowych, zwierzęco- i mięsopoglądowych. Mimo ich. Ja nauczyłam się akceptować psy, koty, zainteresowania paramedyczne. Ona ze zrozumieniem kiwa głową gdy mówię, że wstałam na 6 na roraty. I chyba już mi wybaczyła, że nie dbam o paznokcie.

Magda jest najlepsza. Zawsze pomoże, o każdej porze (o mój Boże). Zawojuje świat, już jest królową Jeżyc. Nie poddaje się łatwo, mogę jej pozazdrościć wytrwałości i systematyczności. Co do zazdrości, z wiekiem chyba mija taka dziecięca "zazdrość o przyjaciela". Oczywiście, chciałoby się ją/jego mieć na wyłączność, przynajmniej czasami, ale generalnie cieszy mnie, że inni też doceniają całą wspaniałą osobowość tej osoby. A z Magdą jest też tak, że jej przyjaciele są i moimi przyjaciółmi. Rodziny też możemy mieć wspólne...:)

Na koniec życzę nam obu, żebyśmy pomimo upływu lat pozostały: http://www.youtube.com/watch?v=HSIbpjsbH40&feature=related



wtorek, 5 czerwca 2012

Być kobietą, nie być babą.

Hallo!

Tydzień ledwo się zaczął, za chwilę się skończy. I znów będzie długi weekend. Zapowiada się najlepiej, bo Basiowo. I z Basiową ekipą. A jeszcze jutro kolejna prezentacja i degustacja wina z KHG.

A poprzedni weekend też udany.  Piątek z ekscesami, bo to Dzień Dziecka. Poszaleli co niektórzy. A potem posnęli. W sobotę zakupy, gotowanie i wyjazd do Monachium. Była impreza u Anny i reszty dziewczyn. Bardzo udany wieczór, wytańczyłam się jak już dawno nie. Rozwiązałam również zagadkę lingwistyczną. W języku niemieckim, czasowniki ruchu odmieniają się w czasie przeszłym z czasownikiem "być". Także "byłam biegałam, byłam wstałam", ale "miałam tańczyłam". Bo Niemcy, a chyba Niemki zwłaszcza, to tak tańczą- nie tańczą. I może "mieli tańczyć", ale nie "byli tańczyli". Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, na parkiecie dominowali panowie. Obstawa zresztą mocno międzynarodowa. Łotysz, Brazylijczyk, Francuz, dzielni reprezentanci BRD. Pań było mniej. Aż mi się żal chłopców zrobiło, ale niczym żaba z klasycznego Verbowego dowcipu "przecież się nie rozerwę". Buty postradałam! Wspaniała impreza, dobra muzyka, jedzenia i picia w bród, towarzystwo wybitne. A w niedzielę po kościele wróciłam do domu z Reginą i trzema innymi osobami. Bilet się opłacił. Na dworcu czekała mnie niemiła niespodzianka- kompletny kapeć w przednim kole. Trochę mi się przedłużyła droga do domu, wróciła alergia, wyglądałam i czułam się jak ostatnia sierota.

W niedzielę nic się nie dało zrobić, poszukałam co nieco w internecie i postanowiłam nie poddać się tak łatwo. Próby samodzielnego załatania dętki nie przyniosły spodziewanych rezultatów, poprosiłam więc dzisiaj jednego z Muminków żeby się tym zajął. Mam nadzieję, że wystarczy mu czasu w weekend. Wahałam się czy nie zawracać jeszcze komuś głowy, ale chyba nie umiem robić z siebie cielątka. Przypomniały mi się słowa pana Zbyszka (miałam u niego kilka lekcji przed egzaminem na prawo jazdy i myślę, że wspólnym wysiłkiem Taty, jego i moim, udało się zdać za drugim razem!:), powiedział mi, że dzieli kobiety na "kobiety" i "baby". "Baby" nie potrafią jeździć samochodem. I są takie właśnie "babskie". Różnie bywa z tym moim prowadzeniem auta, zwykle przy cofaniu/parkowaniu jest nawet fatalnie, ale w innych sytuacjach staram się nie zachowywać jak taka właśnie "baba". Między innymi dlatego, że mężczyźni na to nie zasługują. Co innego "faceci". "Faceci" to "świnie".
W podobnym tonie wyraziła się też ostatnio Magda. Narzekałam jej, że zdarza mi się siedzieć pół wieczoru z pustą szklanką, bo panowie nie mają w zwyczaju proponować paniom nic do picia. Przecież mogą sobie same sięgnąć flaszkę. Magda, jak to przyszły licencjat, a kto wie czy nie więcej, germanistyki, broniła Niemców. "Skąd oni mają wiedzieć jak się traktuje kobiety. Widziałaś ostatnio na ulicy jakąś kobietę? Ale kobietę, nie babę? No właśnie."

Niczym dwustuprocentowa kobieta (bo po poznańsku oszczędna i po bawarsku od serca gotująca), zrobiłam z wyschniętych na kamień bułek knedle szpinakowe. Wyszły chyba całkiem dobre. Może jutro podrzucę ekspertom do degustacji. Sporo z tym zabawy, ale satysfakcja gwarantowana. A przy okazji, to danie tanie jak barszcz. Widział tu ktoś kiedyś buraki?

środa, 30 maja 2012

To wcale nieprawda, że ja nie lubię gór!

Wraża propaganda głosi, jakobym nie znosiła chodzenia po górach. Dementuję. Co prawda, nie mam tego we krwi, nie robię tego często ani pewnie z właściwym namaszczeniem, ale doceniam góry jako formę ukształtowania terenu. Ja po prostu jestem jak żaba z dowcipu i "się nie rozerwę", albo na Mazury albo w góry, nie mam helikoptera, a PKP działa jak działa. Jak już się okazało, że dojedzie odpowiednie obuwie, wyraziłam entuzjastycznie chęć wyjazdu z KHG. Słowo stało się ciałem i w niedzielę o 7 rano, po dość pośpiesznym poranku, stawiłam się na miejsce zbiórki.

Pojechaliśmy, kierunek Monachium a potem trochę w bok. Zawsze mi głupio jak muszę poprawiać mężczyzn, zwłaszcza w czynnościach tak skrajnie "niekobiecych" jak czytanie mapy. No więc siedziałam cicho. Przez GPS pobłądziliśmy, ale w ostateczności wszyscy zajechali na miejsce. http://www.lyra-alm.de/images/spitzingsee.jpg Około dziesiątej ruszyliśmy. Szło się niezgorzej, plecaki tylko dwudniowe, systematycznie opróżniane z prowiantu. Mi powoli ustępował alergiczny katar, przychodziło za to coraz więcej nowych niemieckich zwrotów, musiałam się przemóc i zacząć mówić. Po około dwóch godzinach byliśmy u celu, schronisko: http://www.rotwandhaus.de/.

Dla dodatkowej informacji, grupa liczyła 12 osób, 3 dziewczyny, reszta panów. Prowodyrem zamieszania i przewodnikiem stada był Peter. Peter jest super.

Jeszcze w niedzielę wybraliśmy się w dalszą drogę. Myślałam, że mam przewidzenia gdy wchodząc na górę zauważyłam lamę. Potem drugą, trzecią i czwartą. http://www.youtube.com/watch?v=zRozKfYGFVc&feature=fvwrel Okazało się, że ktoś hoduje sobie lamy w tych okolicach i czasem trzeba je zabrać na spacer. Jak mi nic w życiu nie wyjdzie, pojadę paść lamy. Niekoniecznie trzeba jechać aż w Andy.

Bardzo dobrze było, niespodziewanie stworzyła się grupa. Mogłam nawet podzielić się moją małą paranoją...Otóż, za każdym razem gdy w Niemczech słyszę przelatujący samolot ( a jako osoba zamieszkująca korytarz powietrzny F-16 z Krzesin, jestem na tym punkcie wrażliwa), mam dziwne uczucie. Śmiali się ale zrozumieli. Super się bawiłam. Nie jest mi oczywiście łatwo z tym, że dla mojego dobra mówi się do mnie głównie szybko i po bardzo bardzo niemiecku. Rozumiem wciąż pewnie połowę z tego co powinnam, jednakże chyba nie ma innego wyjścia... Dziś za to Simon powiedział, że jestem mocniejsza w niemieckim niż mi się wydaje. Kolejny komplement, chyba nadmę się jak balon i odlecę.

Wróciłam w poniedziałek późnym popołudniem. Bardzo chcę wrócić jeszcze w Alpy Bawarskie. Są urzekające. A świstaki? Nie da się tego z niczym porównać. Pewne jest jedno- góry da się lubić.

Aneczka- dzień 3.

Sobota!

Dwa śluby, koncert organowy, sesja zdjęciowa w ogrodzie dawnej Akademii Medycznej w Ingolstadt. Szczególnie interesująco wypadł ślub bawarski- była orkiestra, przemarsz gości i zdaje się wszystko zaczęło się  od nasiadówki w ogródku piwnym. Urocze.

W sobotę zaliczyłyśmy kolejne punkty obowiązkowe- znów zakupy- przeciwalergiczne i przeciwsłoneczne, kebab od Turasa, trochę porządku przy sobocie. Po południu upiekłam ciastka, Aneczka zrobiła sałatkę, poszłyśmy na jakąś godzinkę-dwie na grilla do akademików. Ale już trzeba było iść na dworzec. Tam oczywiście autobus się spóźnił, pan kierowca po męsku porozmawiał z jednym panem typu "wąsaty majster" i w rezultacie niedoszły pasażer nie pojechał tego dnia do Polski. Rozmowa została przeprowadzona wzorowo, pan sam się przyznał, że spożywał alkohol, a to oczywiście jest sprzeczne z regulaminem podróży. Pomachałam siostrze i z lekkim żalem w sercu wróciłam do domu. Po rower. Pokręciłam się jeszcze trochę po trasie Munzberg- Schaeffeabrau, umyłam naczynia...Jednak myślami byłam już przy kolejnym wspaniale zapowiadającym się dniu. Czekały mnie góry.

Wizyta Aneczki była świetna, mam nadzieję, że jeszcze tu do mnie przyjedzie.