wtorek, 31 lipca 2012

W jak Wigilia Wyjazdu

Wyjeżdżałam do Niemiec 13 kwietnia. Miałam do zrobienia ostatnie prasowanie, więc rozstawiłam sobie cały majdan i prasowałam, jednocześnie oglądając "Czterech pancernych". To był ten odcinek z Hermenegildą, akurat daty się zgadzały.

Dziś muszę ogarnąć pokój, żeby mi się raźniej pracowało, słucham sobie piosenek wojskowych. I chociaż wkurza mnie niemiłosiernie robienie z Powstania Warszawskiego totalnie popkulturowej papki dla hipsterów, to zdaje się już kiedyś tu wspomniałam jak bardzo lubię "Zakazane piosenki". No i nieraz mnie tu ściągały na ziemię:)

Nie chcę żeby zrobiło się tu zbyt poważnie, ale ostatnio mieliśmy fascynujące dyskusje o patriotyzmie. Francuz, Amerykanka, Niemiec i ja. Julie opowiadała, że w USA żołnierz jest jak bóg, stawia im się w restauracjach, a ludzie mają duży respekt dla munduru. Niesamowite są opowieści Niemców, takich w moim wieku, oni gdzieś dopiero w okolicach mundialu w Berlinie (2006 rok, my akurat wracaliśmy z Ołomuńca przez Berlin, świetny wyjazd chóralny...i jeszcze nielegalne picie piwa w Czechach:), dowiedzieli się, że hymn narodowy ma jakieś słowa i że wolno wymachiwać flagą na ulicy. Francuzi- przy całym ich zadufaniu, poczuciu wyższości wobec innych krajów, chyba nie są zbyt wylewni jeśli chodzi o miłość do ojczyzny. Bo państwo to polityka, a oni są zazwyczaj jednoznacznie za lub przeciw konkretnym partiom i politykom, stąd może ten dysonans. Ale mają też silną tożsamość regionalną. Ja dużo nie mówiłam, bo musiałabym opowiedzieć historię Polski począwszy od bitwy pod Cedynią, albo właściwie od chrztu. A jakoś mi się niespecjalnie chciało. Tak sobie tylko myślałam co jest z nami. Z nami jest tak, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Przynajmniej ze mną tak jest. Ale i tak, żal odjeżdżać.

Postaram się o klamrę kompozycyjną na jutro. Pozdrawiam i idę..prasować.

piątek, 27 lipca 2012

Moja chwila prawdy.

Miałam prowadzić zdrowy tryb życia- przy tej ilości piwa się nie da.

Zabrałam ze sobą ponad 20 książek. Przeczytałam 11,a "Twierdza", czytana dokładnie od dwóch lat, jak ją położyłam na szafce przy łóżku, tak tam leży nieruszona od 14. kwietnia.

Nie jadłam masła ani masłopodobnych wyrobów. Wyjaśnień szukajcie w pierwszej notce. Polski chleb i polskie masło są nie do zastąpienia.

Nie zwiedziłam Ratyzbony, a jest tak blisko. Jest też po drodze z Polski (jakby się mocno uprzeć), więc jeśli przyszłoby do ponownego odwiedzenia Ingolstadt, można by jechać przez Ratyzbonę.

Słynna marchew. Ciężki temat, bo najtaniej wychodziła w dużych ilościach, a dużych ilości jedna osoba nie jest w stanie zjeść w krótkim czasie. Raz zepsuło się całe 2 kilo, potem zaczęłam kupować tyle ile potrzebowałam, oczywiście proporcjonalnie przepłacając.

Zaczęłam biegać od pierwszego dnia i udawało się nawet regularnie. Potem złapałam ten gruźliczy kaszel i raczej było słabo. Także od początku lipca nie byłam ani razu biegać, jednak...kto wie co będzie po powrocie do domu.

Był taki film, po polsku dość głupio nazywa się "Smak życia" i jest o Erasmusie. Bardzo warto go zobaczyć, a potem wyjechać i robić swoje. Bo to jest francuski film, więc oczywiście jest dużo seksu i jedzenia. I jest o Hiszpanii, więc imprezują na potęgę. A w Ingolstadt jest po prostu inaczej. Dla zainteresowanych: http://www.youtube.com/watch?v=AsvJFtUDfl0&feature=related
http://www.filmweb.pl/Smak.Zycia
Mieliśmy porównywalny bajzel w mieszkaniu, bo zamiast całej Europy, mamy tu cały świat i jest nas więcej.

Przyszła sukienka, a jeszcze nie jestem pewna co z balem... Dziś mam nadzieję dość jasno wyłożyć komu trzeba jakie są moje oczekiwania w stosunku do jutrzejszego wieczoru. Ale ponoć ma padać.

Większość koleżanek na wieść, że wyjeżdżam wykazywała niezdrowe podniecenie. Przyzwyczaiłam się do sugestii "wyjedziesz, kogoś poznasz, będzie super, nawet Niemiec, Niemcy są przystojni". Znów, wiedziałam i robiłam swoje. "Najwięcej smaku jest w polskim chłopaku", a logistyka spotykania się w połowie drogi, raz na 3 tygodnie albo coś takiego, zdecydowanie mnie przerasta. Miłość nie wybiera, blabla, krew nie woda, blabla, serce nie sługa... Zdrowy rozsądek górą. Dobrze mieć międzynarodowe grono znajomych, kupę świetnych kolegów, z którymi relacje są jasne i klarowne. Każde odstępstwo od tej normy oznacza niepotrzebne trudności, a ja, maksymalizując użyteczność, unikam trudności i problemów.

Powinnam zrobić jakieś zakupy, prezenty dla koleżanek i rodziny itd. Ale co się teraz przywozi z Niemiec, kiedy i Haribo i Toblerone i Persil są już do kupienia w Polsce?

Kończę. Powoli się pakuję i porządkuję pokój, za chwilę idziemy na kolację do bawarskiej knajpy, a potem jeszcze oficjalna uniwersytecka impreza kończąca semestr. Podoba mi się słowo Abschluss.

czwartek, 26 lipca 2012

Jest lipiec! Jest koniec! Nie ma już prawie nic...

Dziś imieniny Ann. I Aneczek. Przyszła panna młoda pojechała z przyszłym panem młodym nad morze, nałapać jodu i zdrowej opalenizny. A ja, niespodziewanie, miałam dziś ostatni egzamin, czym samym zakończyłam semestr letni w Ingolstadt School of Management. Ciekawe było to, że oni tu wcale nie mają egzaminów ustnych, a to była właśnie finałowa prezentacja. Zmieściliśmy się z Łukaszem idealnie w czasie, udało mu się powiedzieć "mierzalna" zamiast "mizerna" (w kontekście polskiej ekonomii, niby kilka głosek, nawet po angielsku, ale robi dramatyczną różnicę), a ja nawet zarzuciłam idiomem. I poszło super, a po co te nerwy? Po co te noce zarwane?

Poniedziałkowy egzamin, delikatnie mówiąc, nie poszedł mi zbyt dobrze. Ale to widocznie nauczka, żeby nie było, że na tej uczelni taki słaby poziom. W razie czego, formalnie nie będzie problemu, jednak po cichu liczę, że zważywszy na mój wkład w wykłady i nie do końca równe szanse, wpadnie jakieś 4.0. Na marginesie, jak czyjaś babcia chodziła do szkoły "w okupację", to wiadomo, że przyswoiła niemiecki system ocen. Więc 5 to tak jak 1 itd. Także po raz pierwszy w studenckiej karierze ucieszyłabym się z 2.

Wyjechały Fińczyki, wyjechał Taj. Poleciał do krainy uśmiechów, w październiku wróci i zacznie karierę jako pan magister inżynier w Stutgarcie. I smutniej tu bez nich, moje chłopce kochane. Śmiesznie, zanim się rozstaliśmy, było kilka pożegnalnych imprez, ale też wyjątkowo smętny niedzielny "torcik". Siedzieliśmy przy torciku, słońce grzało, coś nawet mocniejszego na stole stało, tylko, ze nikt nie miał siły i ochoty pić. I tak sobie rozmawialiśmy o pracy, o studiach, o życiu rodzinnym. Wyszło na to, że niezaprzeczalną okazją żeby znów się zobaczyć, będą nasze śluby. O zgrozo, przegapiłam chyba moment, kiedy to się zaczęło. Biorą z naszej półki już od jakiegoś czasu, niektórzy już nawet z przychówkiem, ale akurat tych ludzi, wiecznie imprezujących a potem wiecznie skacowanych, wyprawiających różne dziwne rzeczy trudno mi sobie wyobrazić w roli mężów. Może Fińczyki jeszcze, bo to chłopaki jak złoto, ale na pewno nie całą zgraję macho i tych łysiejących może i owszem, ale wciąż bardzo dziecinnych Niemiaszków.

Grzmi i pada. Wyjeżdżam w środę. Zabieram plecak i najpotrzebniejsze rzeczy i do Altotting na Europejskie Forum Młodych. Taki czas pomiędzy, jeszcze w Niemczech, a już nie w Ingolstadt, ciągle nie w domu. Bez dostępu do internetu,a z tyloma ludźmi będzie można się w końcu zobaczyć- czasem po paru tygodniach niewidzenia, czasem po całym roku. Nie mówiąc już o nowych znajomych. Będzie dobry czas...

Postaram się jeszcze napisać, zanim zamilknę na czas jakiś lub na amen. Trochę sprzątania, trochę papierzysk do załatwienia, trochę zakupów, chciałabym jeszcze napisać swoją część raportu, bo na to na pewno czasu w Polsce nie będzie.

Tymczasem pozdrawiam, za oknem pachnie naozonowane powietrze.

piątek, 20 lipca 2012

Towaju nie będzie, tjaktoj się zepsuł.

Tydzień minął i póki co na koncie same sukcesy. Udało mi się nie zamordować kolegi z grupy, nawet na niego nie nakrzyczałam, a zachowywał się wyjątkowo słabo. Gwiazdorzył, spóźniał się, w dodatku dziś przy omawianiu prezentacji prof. Gelbrich najwięcej uwag miała do jego części. Potem jeszcze poszedł się jej tłumaczyć...smutna postać. Nieuzasadnione poczucie własnej zajebistości, klasyczny przypadek.

Poza tym zdam egzamin z niemieckiego- nie był aż taki zły. Środowa prezentacja poszła też zupełnie dobrze.

Coś mi się stało w głowie dziwnego. Wczoraj wyszłam z egzaminu i poszłam do biblioteki się pouczyć, a kolejny egzamin jest dopiero w poniedziałek.
Istnieją na świecie różne rodzaje ciszy, ale cisza niemieckiej biblioteki jest chyba najcichszą z cisz. A większość studentów jeszcze dodatkowo zatyka sobie uszy. I siedzą biedaki po kilka godzin. Ja z nimi, bo nie wiedzieć czemu, wjeżdża mi to na ambicję. Może jest to nawet pozytywny przejaw presji otoczenia, gdybym tak mogła zostać z tydzień- dwa dłużej to może nawet ruszyłabym pracę magisterską. Tu aż chce się pracować. Wczoraj przeżyłam też małe wniebowzięcie, weszłam na ostatnie piętro (a biblioteka jest przerobiona z kaplicy, wierzcie lub nie- ale jest dość wysoko), a tam...całe regały książek z polityki społecznej. Z czego spora część po angielsku, gdyby tak jednak lepiej znać niemiecki, byłoby to dość ciekawe, postudiować typowo mój kierunek właśnie tu, gdzie ordoliberalizm i chrześcijańska demokracja. A propos chrześcijańskiej demokracji, to młodzieżówka organizuje za tydzień bal na zamku. Są ambitne plany pójścia, byłby to niezły akcent na koniec.
Dziś mamy iść z kolei na koncert sponsorowany przez Audi, będzie film i muzyka na żywo, wszystko w plenerze. Malownicza sceneria, czerwone wino i radość życia. A potem pewnie kolejna z serii pożegnalnych imprez, tym razem wyjeżdża nasz ziomek zza oceanu, dostanie w prezencie polski szalik.
W związku z powyższym, bezwzględnie zaczynam się uczyć.

Miłego weekendu!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Nie za dużo funkcji życiowych?

W czwartek egzamin z niemieckiego. W środę prezentacja. Jutro trzeba będzie się trilokować. Za oknem słońce, silny wiatr, pachnie woda i pachną wakacje. Jeszcze tylko dwa tygodnie... Dość intensywne, bo trzeba się uczyć, żegnać, sprzątać, kupować, sprzedawać. 

W naszym mieszkaniu panuje jakieś cholerne prawo Murphy'ego tudzież prasłowiańska prawidłowość "jak nie urok, to sraczka". Ciągle coś jest nie tak, albo nam się rury zatykają, albo nie ma papieru toaletowego, albo ktoś zastrajkuje z wynoszeniem śmieci. Ostatnio natomiast zepsuł się czajnik elektryczny. Także chwilowo wodę na herbatę grzeję sobie w garnuszku. Zapamiętać- nie kpić nigdy więcej z gotowania wody w garnku, mycia się w misce, prania w rzece- nigdy nie wiadomo co się może w życiu przytrafić.

A propos herbaty, w dniu kiedy byłyśmy w Bambergu, meksykańska grupa inicjatywna zorganizowała w naszym mieszkaniu drugą już międzynarodową kolację. Nie miałam nic w lodówce, nawet jajek. Z polskich produktów została mi Saga oraz paczka kisielu Gellwe. Zrobiłam kisiel i znów była kupa śmiechu.  Wyżej wymienieni meksykanie stwierdzili, że prawdziwemu macho nie przystoi tego jeść. Koreańczyk powiedział: "To najdziwniejsza rzecz jaką kiedykolwiek jadłem", nie no wiadomo, te trochę mąki ziemniaczanej i barwników to zdecydowanie egzotyka, zwłaszcza kiedy jada się psy. Co tam wódka, co tam piłkarze, co tam modelki- kisiel to nasz skarb narodowy.

W sobotę byliśmy w Neuschweinstein. Odrobina kiczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale wnętrze zamku dość rozczarowujące. Wszędobylskie Wagnerowskie motywy, oboje z Szalonym Ludwikiem byli siebie warci, niezłe jazdy musieli mieć, ciekawe tylko od czego. Pewnie z nadmiaru świeżego powietrza, bo akurat tego jest tam pod dostatkiem. I jak okiem sięgnąć przepiękne krajobrazy, pola, wzgórza i jeziora. Ale zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam- kicz okrutny to wszystko. No i trzeba sobie porobić milion zdjęć i następnie wrzucić na facebook'a. Urocze.

A w sobotę była mała impreza i nie przyszedł Hans. Byliśmy wręcz zawiedzeni. Może pukał, a my nie słyszeliśmy, bo nagle się okazało, że jednak można zamknąć drzwi wejściowe. Zwykle stoją jak brama w Soplicowie, "na wciąż otwarte".

Serwus!

czwartek, 12 lipca 2012

So long, farewell ,auf Wiedersehen, goodbye

W zeszłym tygodniu wpadliśmy na 2 godziny na imprezę do Any. Ana jest ze Stanów i oczywiście mówi po takiemu angielskiemu, że nikt z nas nie rozumie. Ale jest bardzo miła i jak się okazało jest też wspaniałą gospodynią. Najśmieszniejsze było, że kiedy w końcu dotarłyśmy z Magdą do mieszkania, tam byli prawie sami panowie i to dość znacząco od nas starsi. Myślałam żeby wyjść tak szybko jak weszłyśmy. Ale dopadła nas gospodyni i znalazło się kilka znajomych osób. A potem okazało się, że cała reszta to wojskowi. Jak gdyby to miało poprawić sytuację. Przypałętał się nawet lokalny Hans Kloss, urodzony w Gdańsku, wychowany w Lubece, mówi po polsku i pracuje w Bundeswehrze. Jednakowoż pić uczył się w Niemczech, spił się biedak jak Messerschmitt (a nota bene robi w obronie przeciwlotniczej), zaczął się oświadczać i co nie tylko. Było dość śmiesznie.

Wczoraj natomiast było pożegnalne party Łukasza. Problemem był lokal, bo trwa sesja i nie wolno robić imprez w akademikach, Niemcy zabronili i koniec dyskusji. Wystawiliśmy więc co się da z naszej kuchni, zaopatrzyliśmy się w jedzenie-oczywiście za dużo- Magda zrobiła sałatkę, ja upiekłam niepoprawnie politycznego Murzynka a o 20 zaczęliśmy czekać na gości. Przybywali falami, robiło się coraz głośniej, coraz ciaśniej, coraz później. Było przesympatycznie, ale spodziewaliśmy się niezapowiedzianej wizyty sąsiada. Mamy tu takiego lokalnego głupka, ostatnio w sobotę wpadł o 22:59 żeby zapowiedzieć, że za minutę kończymy imprezę. Mówimy na niego Hans, bo jest świńskim blondynem i lubi krzyczeć po niemiecku. Wleciał też wczoraj z tym swoim histerycznym błyskiem w oku, bo rzekomo jego dzieci nie mogą spać przez naszych gości na balkonie. Pokrzyczał, pokrzyczał, Ruhe bitte, Polizei, raus, raus i poszedł. Impreza skończyła się ogólnym sukcesem, goście poszli w miasto i wychwalali gościnność Schaeffbraeustrasse. To by się zgadzało, u nas każdy czuje się jak u siebie, zwłaszcza sąsiad. To chyba pogwałcenie miru domowego, tak sobie wbijać do obcych w końcu ludzi wieczorami i krzyczeć. Może my powinniśmy zadzwonić po policję.

Zaprosiliśmy też wyżej wspomnianego polskiego-niemieckiego żołnierza. Oli był oczywiście pod wrażeniem polskiej organizacji i gościnności ("taki efekt przy tak skromnym budżecie"), absolutnie rozczulił mnie tekstem: "Ale gdzie są kapcie dla gości?". Jeszcze tego brakuje, żebyśmy kazali ściągać buty przy wejściu:)

Dziwnym trafem kuchnia wyglądała po imprezie lepiej niż przed. A rano Santtu zapytał jak się udało party, bo zasnął jak dziecko o 21.

A w sobotę pewnie znów będzie impreza w naszej legendarnej kuchni.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Ojcoland ponad wszystko

Serwus!

Zeszło mi od ostatniego wpisu. W piątek była impreza, w sobotę była impreza, niespodziewanie wczoraj z niczego zrobiła się impreza i długie nocne Polaków rozmowy. A dziś przez pół dnia chorowałam.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują nieuchronny koniec semestru. Bo i egzaminy i co chwilę pożegnalne imprezy, a kalendarz też nie chce pomóc. Więc próbujemy jeszcze wycisnąć co się da i przede wszystkim pozwiedzać co warto.

W sobotę byłyśmy w Bambergu. Kolumbijka, Rosjanka, Włoszka, dwie Polki. Pogoda odpowiednia, zwłaszcza na tę ilość chodzenia. Piękne miasto, coś jak Rzym albo Wenecja. Zupełnie nieniemieckie, a zwłaszcza niebawarskie- to już Frankonia. Więc zamiast piwa piją wino, na zboczach pagórków rosną winorośle. Architektura monumentalna, ale właśnie bardziej w południowym stylu. Poza tym wszędzie mostki, woda wdziera się w najdziwniejsze miejsca. Całość przedstawia się niezwykle romantycznie i fotogenicznie. A poza tym, z Bambergiem łączy się wspaniała część wielkopolskiej historii.
W I połowie XVIII wieku, wsie otaczające Poznań były wyludnione w skutek wojen i epidemii. Jeden z biskupów, podczas podróży w okolice Bambergu właśnie, zobaczył, że tamtejsi rolnicy nie mają gdzie pracować- panował zakaz podziału majątków rolnych pomiędzy dzieci. Reasumując- u nas była ziemia, tam byli bezczynni ludzie, którzy nota bene byli świetnymi fachowcami. Władze Poznania zaprosiły więc osadników niemieckich aby osiedlili się na opuszczonych terenach. Warunkiem koniecznym była święta wiara katolicka. Przyjechali więc, w kilku falach, z czego pierwsi osiedlili się w Luboniu. Są na to papiery. Zaczęła się praca, zaczęło się życie, zaczął się "cud polonizacyjny". Pożenili się z Polkami, w kościele też tylko po polsku, widocznie było im u nas dobrze, skoro wkrótce zaczęli uważać się za Polaków. Nie zmieniły tego wojny, powstania, Kulturkampf. A słowo bamber stało się synonimem dobrego, bogatego gospodarza. Później zmieniło wydźwięk na mocno pejoratywny. ("Po czym poznać bambra w lecie? Po berecie"). Uwaga modowo- folklorystyczna. Właściwie nie ma ludowego stroju poznańskiego lub wielkopolskiego. Przyjęło się, że są Bamberki, są zwłaszcza na Boże Ciało albo na Święto Bamberskie, ale wszyscy wiedzą jak wygląda odświętny strój. Z kolei Bamberka na Starym Rynku nosi typowy strój codzienny, przecież nie będzie nosić wody z tym majdanem na głowie i w koralowych koralach koloru koralowego. Poniżej opis, ze zdjęciami. http://www.poznan.pl/mim/turystyka/stroj-bamberski,p,4791,4793.html

I właśnie o te zdjęcia się rozchodzi, bo są gdzieś w rodzinnych albumach zdjęcia prababć, które właśnie tak wyglądają. Nie ma w tym powodów ani do specjalnej dumy, ani do wstydu, ale czy to nie jest fantastyczne, mieć pewność, skąd pochodzi część rodziny? Ostatnio jakość szczególnie fascynuje mnie bamberska historia i jak babcia mi mówi, że mam bamberską bluzeczkę, to jest mi miło. I marzą mi się koralowe korale.
Fajnie wiedzieć co się działo z rodziną w 1719, trochę wody w Warcie upłynęło, a jednak są dokumenty i jest zupełnie niezwykła historia. Pozdrawiam w tym miejscu "prawdziwych Polaków" i innych domorosłych genealogów, dla których każde nazwisko kończące się na "ska/ski" to jest już oznaka nie wiadomo jakiego szlachectwa i prapiastowskiego pochodzenia.
Trochę mnie chwyciła nostalgia w ostatnią sobotę i przypomniał mi się Henri Lewandowski, którego oprowadzałam w kwietniu po Poznaniu. Usiedliśmy nad pyzami, prawie ze łzami w oczach zapytał po polsku: "Ja się tylko pytam, dlaczego oni wyjechali?". Dla chleba, Panie, dla chleba... W każdej rodzinie są historie emigracyjne, kiedyś ludzie przemieszczali się przynajmniej tak samo często jak teraz. A nie było samolotów.

Ściskam mocno!


czwartek, 5 lipca 2012

Ku! jak kuchnia.

Dzień zaczął się od późnego śniadania z literacką aluzją. Małdrzyki Kreski. Pycha.

Rok temu w lipcu, Małgorzata Domagalik podzieliła się z czytelniczkami "Pani" przepisem na zupę pomidorową dla Mężczyzny Idealnego. Zabrałyśmy się wtedy z Mamą i Aneczką za masową produkcję słoików z zupą ową na zimę, żeby nasz Tata miał co jeść. A my przy okazji. Pamiętałam, że to taki nieskomplikowany, a efektowny przepis, więc pierwsza myśl kiedy zachciało mi się zupy nie-instant to właśnie owa pomidorowa. Przez ułamek sekundy myślałam czy by nie zaprosić Kogoś na obiad, ale szybko mi przeszło.

Zupa wyszła i owszem, smakuje nawet w towarzystwie li i jedynie ekranu komputera i przy akompaniamencie stosownym:
http://www.youtube.com/watch?v=cRc3c_WD7RY
http://www.youtube.com/watch?v=BlxelewpCY4
http://www.youtube.com/watch?v=RFzyYYZsxGc

ale sporo mnie to kosztowało. Makijaż spłynął mi już przy obieraniu cebuli, mam pomarańczowe dłonie od marchewki... Najgorsze są jednak trzy ślady poparzenia. Taka jestem żona popa (błahaha). Ręce ok, ale dekolt? Co ja sobie myślałam kiedy z rozmachem przelewałam zawartość garnka do robota kuchennego. A potem jeszcze zamknięcie od owego ustrojstwa dwa razy mi odskoczyło, obryzgując krwistą mazią mnie i pół kuchni.

Nazwa przepisu powinna być ostrzeżeniem. Nie należy myśleć o Panu Idealnym w czasie gotowania. Grozi śmiercią lub kalectwem.


wtorek, 3 lipca 2012

Ponieważ ewidentnie muszę się uczyć.

Postanowiłam, wbrew wcześniejszym postanowieniom, napisać dziś osiem zdań na blogu. A potem zacznę się uczyć.

Wieje wiatr od pól, czuć zapach obornika po deszczu.

Był egzamin, jakoś poszło.

Jeśli kręcisz już się po mojej kuchni, pieprzony jeden z drugim maharadżdżo, chociaż tu nie mieszkasz i wcale nie powinno cię tu być tak często jak jesteś, bo jesteś praktycznie codziennie, to tak- wymagam od ciebie żebyś powiedział mi chociaż "hi" i wychodził z inicjatywą rozmowy, a jeśli z jakiegoś powodu nie rozmawiasz, to do ciężkiej cholery, powiedzże chociaż "sorry" jak chcesz włożyć coś do piekarnika, który chwilowo przesłoniłam, bo ja nie jestem bogini Śiwa i mam tylko dwie ręce i dwoje oczu, więc nie muszę widzieć, że akurat przestępujesz z nogi na nogę, bo chcesz coś zrobić, a nie możesz, no i nie mów, że ci religia zabrania odzywać się do niezamężnych kobiet albo coś, bo po pierwsze nie wiesz czy jestem niezamężna bo nigdy nawet ze mną nie rozmawiałeś, a po drugie witamy w Europie.

To tak tyle w temacie "Agata jest rasistką". Wcale nie jestem, wkurza mnie tylko elementarny brak kultury, europejskiej kultury w europejskim kraju.

Nie wiem czy z takim podejściem zaliczę ten cały "Marketing międzykulturowy."

niedziela, 1 lipca 2012

Pozory mylą

Od kilku dni codziennie wieczorami/ nocami grzmi i leje. W ciągu dnia duszno i parno. Ciekawa tu jest sytuacja pogodowa, chyba przez rzekę, często burzę tylko widać, czasem popada przez minutę i po deszczu. Ale dla odmiany teraz też pada, a jest po południu. I trzaska po dachach. Rozważam zakup gromnicy.

Adam, mój współlokator z Węgier, zapytał ostatnio czy znam takie miasto jak Wolsztyn. Oczywiście, że znam, uważam, że w kategorii miast do 15 tysięcy mieszkańców, może konkurować jedynie z Mosiną:) Adam pojechał do Wolsztyna z orkiestrą. On taki niepozorny, na początku się wcale nie odzywał, a się okazuje, że to zupełnie ciekawy facet. A przy okazji czarująco się uśmiecha.

Meksykanie to zawsze byli dla mnie "małe brudasy w wielkich kapeluszach", okazało się, że po pierwsze bywają całkiem wyrośnięci, a po drugie zwykle nie chodzą w sombrero. Reszta by się zgadzała. Chociaż, kuchnia po wczorajszej imprezie wyglądała skandalicznie, udało im się w miarę ogarnąć. W całym domu pachnie jednak karkówką z grilla. Mogłoby pachnieć gorzej, biorąc pod uwagę nasze problemy z drożnością rur. Z dwojga złego, że zapach rozbudza apetyt niż wzbudza inne odruchy.

Były prezentacje, były imprezy, jest niedziela i trzeba się uczyć. Rano byłam na mszy z udziałem miejscowego chóru, byłam w szoku, że kościół pełen ludzi, ale przeszło mi gdy zobaczyłam, że sam chór liczy chyba z 80 osób. Muzycznie- bardzo godnie, brzmiało i echo grało. Przy tym atmosfera była jednak dość rodzinna i sympatyczna, a to "jubileusz" był. Nawet nie byli równo ubrani. A ponoć Niemcy...

Nowy tydzień, nowe wyzwania. Dwa egzaminy, potem się zobaczy. Tymczasem wracamy do meczu. Wieczorem będę się uczyć, ewentualnie zobaczę karne.