Ladies and gentlemen,
chciałabym dziś poruszyć temat języka. Typowa rozmowa przed moim wyjazdem wyglądała mw tak: "Gdzie jedziesz? Do Niemiec. A mówisz po niemiecku? Tak trochen." Wszystkie przedmioty mam po angielsku, tu nie ma problemu, tzn. prowadzący nie mają. Kiedy przychodzi do pracy w grupach, koledzy i koleżanki automatycznie przechodzą na niemiecki. Wczoraj poprosiłam wprost, żebyśmy rozmawiali po angielsku. Można? Można. A dziś z kolei na rewelacyjnym wykładzie o Etyce Biznesu były już pierwsze prezentacje studentów, a chociaż slajdy mieli przygotowane po niemiecku, specjalnie dla mnie przedstawiali w bardziej zrozumiałym narzeczu. I oczywiście, nie mieli z tym żadnego problemu, ale pewnie w głowach powtarzali "Gdyby nie ten cholerny Stalin też byś mówiła po niemiecku..."
Jadę do Norymbergii, tak a propos... Wrócę w niedzielę wieczorem i może uporam się przez weekend z pytaniem "jak żyć?" skoro Pep odchodzi z Barcelony.
Pozdrawiam wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy pomimo aury za oknem muszą się uczyć. Dla mnie matura to: http://www.youtube.com/watch?v=2eBrfPcpfew&feature=related
piątek, 27 kwietnia 2012
czwartek, 26 kwietnia 2012
"Takie nasze szczęście..."
Hej ho!
-Puk, puk?
-Kto tam?
-Na pewno nie Real Madryt!
Feta na mieście przebiegła nadspodziewanie spokojnie, może Niemcy zabronili. Pewne jest jedno, pojedziemy do Monachium już wkrótce. Co do clubbingu... największy klub w Ingolstadt to jak średniej wielkości imprezownia w Posen. Znów jednak, nie ma co się użalać i porównywać- co mają powiedzieć Londyńczycy? Dla nich to dopiero prowincja.
Lato przyszło, a ja mam dziś całodzienne seminarium o CSR. Także pooglądamy sobie cudną przyrodę przez okno. Pisałam kiedyś o stokrotkach, ale na terenie naszego mini kampusu jest w bród innego kwiecia oraz zdaje się owocowych drzew, również pięknie kwitnących. Jest prześlicznie, brakuje tylko owieczek.
W swoich listach często pytacie: "czy są tam w ogóle jakieś dziewczyny?". Otóż są, mieszkamy w 12 osób, w niezdrowej proporcji płci 8/4, z dziewczynek jest: Hinduska, Węgierka, Turczynka oraz ja. Panów mamy z: Chin, Tajlandii, dwóch z Węgier, Daniel jest skądinąd a urodził się na Ukrainie. Jest Meksykanin i dwóch Finów. Na co mi zajęcia "Intercultural communication", skoro mam to samo w domu. Tzn. nie w domu. W miejscu gdzie akurat mieszkam.
-Puk, puk?
-Kto tam?
-Na pewno nie Real Madryt!
Feta na mieście przebiegła nadspodziewanie spokojnie, może Niemcy zabronili. Pewne jest jedno, pojedziemy do Monachium już wkrótce. Co do clubbingu... największy klub w Ingolstadt to jak średniej wielkości imprezownia w Posen. Znów jednak, nie ma co się użalać i porównywać- co mają powiedzieć Londyńczycy? Dla nich to dopiero prowincja.
Lato przyszło, a ja mam dziś całodzienne seminarium o CSR. Także pooglądamy sobie cudną przyrodę przez okno. Pisałam kiedyś o stokrotkach, ale na terenie naszego mini kampusu jest w bród innego kwiecia oraz zdaje się owocowych drzew, również pięknie kwitnących. Jest prześlicznie, brakuje tylko owieczek.
W swoich listach często pytacie: "czy są tam w ogóle jakieś dziewczyny?". Otóż są, mieszkamy w 12 osób, w niezdrowej proporcji płci 8/4, z dziewczynek jest: Hinduska, Węgierka, Turczynka oraz ja. Panów mamy z: Chin, Tajlandii, dwóch z Węgier, Daniel jest skądinąd a urodził się na Ukrainie. Jest Meksykanin i dwóch Finów. Na co mi zajęcia "Intercultural communication", skoro mam to samo w domu. Tzn. nie w domu. W miejscu gdzie akurat mieszkam.
środa, 25 kwietnia 2012
Słońce!
Hallo!
Miły dzień, choć nie zapowiadało się na to. Wczoraj lało, dziś świeci słońce i wygląda na to, że będzie jeszcze lepiej. (Chociaż, Sophie: "Dla ciebie to jest ciepło, faktycznie jesteś z Polski". No tak, nie każdy mieszka w Tuluzie). Poza tym- niemiecki numer telefonu, kolejny obiad, pierwsze pranie, małe zakupy. Pierwsza lekcja niemieckiego, w grupie ponad 20 osób, sporo Azjatek. Kurka wodna, nie będę narzekać, że nie umiem czegoś wymówić, ja przynajmniej mam aparat gębowy przystosowany do artykulacji "r":)
Mamy dziś wyjść, ale skoro gra Bayern, na "mieście" może być różnie. Poza tym, weekend w Norymberdze wygląda coraz konkretniej.
Nie wspominałam chyba, że nad nami jest szkoła muzyczna. Czasami jest spoko, ale są też dni gdy biedaczysko nie przygotowało się na lekcję więc wali w ten klawikord te same 6 taktów przez godzinę. W niedzielę i w sobotę też. Innym razem mamy też śpiew klasyczny, tu już jest zdecydowanie dobrze, zwłaszcza dla tak niespełnionego muzyka jak ja.
Serdeczności z Bawarii, trzymamy dziś kciuki za naszych:) http://www.youtube.com/watch?v=G3KPBRajN10
Miły dzień, choć nie zapowiadało się na to. Wczoraj lało, dziś świeci słońce i wygląda na to, że będzie jeszcze lepiej. (Chociaż, Sophie: "Dla ciebie to jest ciepło, faktycznie jesteś z Polski". No tak, nie każdy mieszka w Tuluzie). Poza tym- niemiecki numer telefonu, kolejny obiad, pierwsze pranie, małe zakupy. Pierwsza lekcja niemieckiego, w grupie ponad 20 osób, sporo Azjatek. Kurka wodna, nie będę narzekać, że nie umiem czegoś wymówić, ja przynajmniej mam aparat gębowy przystosowany do artykulacji "r":)
Mamy dziś wyjść, ale skoro gra Bayern, na "mieście" może być różnie. Poza tym, weekend w Norymberdze wygląda coraz konkretniej.
Nie wspominałam chyba, że nad nami jest szkoła muzyczna. Czasami jest spoko, ale są też dni gdy biedaczysko nie przygotowało się na lekcję więc wali w ten klawikord te same 6 taktów przez godzinę. W niedzielę i w sobotę też. Innym razem mamy też śpiew klasyczny, tu już jest zdecydowanie dobrze, zwłaszcza dla tak niespełnionego muzyka jak ja.
Serdeczności z Bawarii, trzymamy dziś kciuki za naszych:) http://www.youtube.com/watch?v=G3KPBRajN10
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Nawrócenie św. Pawła
Coś się dziś stało na zajęciach.
Wyczekana Etyka Biznesu i Ekonomia Międzynarodowa w końcu się odbyły. Pierwsze zajęcia tak bardzo konkretne, że wykresy, wzory, tabelki i prawo malejącej użyteczności krańcowej. I wiecie co? Poczułam się na miejscu. Zapaliła mi się ta ekonomiczna lampka w głowie, wszystko stało się takie jasne, znajome... Mikra i makra swego czasu wydawały się niezdawalne, niepotrzebne i nielogiczne. A tu proszę, "my, ekonomiści" wolimy jednak takie zajęcia niż to pitu pitu z marketingu. Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi.
Z innych niespodzianek- kupiłam osławioną marchew, 2 kilogramy za 1,19. Nie wiem czy nie zepsuje mi się zanim całą zjem, ale może coś wymyślę. Mrozi się marchew? Można odkamienić czajnik elektryczny octem winnym? Dlaczego mleko pasteryzowane skwaśniało po 2 dniach chociaż nie powinno? http://www.youtube.com/watch?v=amiajGRZBwk
Wyczekana Etyka Biznesu i Ekonomia Międzynarodowa w końcu się odbyły. Pierwsze zajęcia tak bardzo konkretne, że wykresy, wzory, tabelki i prawo malejącej użyteczności krańcowej. I wiecie co? Poczułam się na miejscu. Zapaliła mi się ta ekonomiczna lampka w głowie, wszystko stało się takie jasne, znajome... Mikra i makra swego czasu wydawały się niezdawalne, niepotrzebne i nielogiczne. A tu proszę, "my, ekonomiści" wolimy jednak takie zajęcia niż to pitu pitu z marketingu. Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi.
Z innych niespodzianek- kupiłam osławioną marchew, 2 kilogramy za 1,19. Nie wiem czy nie zepsuje mi się zanim całą zjem, ale może coś wymyślę. Mrozi się marchew? Można odkamienić czajnik elektryczny octem winnym? Dlaczego mleko pasteryzowane skwaśniało po 2 dniach chociaż nie powinno? http://www.youtube.com/watch?v=amiajGRZBwk
niedziela, 22 kwietnia 2012
Niedzielne ekstrawagancje
No no no...
Niepostrzeżenie tydzień w Niemczech minął. Dziś msza w katedrze, kazanie było z kartki i powoli, także nawet coś tam zrozumiałam ("Wiewiórka, ale znając siostrę to pewnie Pan Jezus":). Wstawanie było ciężkie, bo wczoraj pod pretekstem meczu zwaliło się nam na chatę pół świata. I to dosłownie, bo reprezentacja Meksyku na przykład... Powiem krótko: Latynosi- w domu nie trzymam.
Za to jak się chłopcy naoglądali to postanowili pograć. Bez cienia ironii, podziwiam ich zdolność organizacji akurat w tej dziedzinie życia. Koledzy z UEP to samo, mogą nie ogarniać tematu kolokwiów, ale skrzyknąć się na piłkę są w stanie o każdej porze. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Maćków, Kamilów, Michałów itd:)
Nawiązując do tytułu. W niedzielę zdarzają mi się zachowania niekonwencjonalne jak np. prostowanie włosów. A potem oczywiście musi się rozpadać. Ale już teraz słońce wyszło.
Kawę wypiłam. Kawę zaparzoną w kawiarce, ot kolejna dawka ekscentryczności. I kofeiny, także spokojnie można coś konkretnego zrobić. Daniel, ukraiński student z Londynu, cały czas próbuje mnie wyzwać na pojedynek na niemieckie słówka. Może by tak 20 dziennie? To daje 600 słów na miesiąc i tak dalej i tak dalej... Zobaczymy jak będzie jak zacznie się kurs.
Miłej niedzieli i spokojnego tygodnia!
sobota, 21 kwietnia 2012
Lubię kiedy jest sobota...
...gdy po wszystkich już kłopotach:)
Każdemu zdarza się raz na jakiś czas "dzień zero", na szczęście potem siły witalne wracają i chce się znów żyć. Tak więc zaprosiłam na obiad Magdę i Łukasza. Były naleśniki, niby nic, a po domowemu i smacznie. Tak przy okazji, mamy tu najwymyślniejsze formy patelni, nie każda jednak nadaje się do smażenia naleśniczków...Zrobiłam też polski kisiel, mniam mniam mniam.
Gratulacje dla Devils Wrocław! Kolejna dobra wiadomość dzisiejszej pięknej soboty. Sukces na horyzoncie widać również na uczelni, bo chyba jednak uzbieram 30 ECTS-ów. Inna niesamowitość- zaczepiono mnie dziś na ulicy pytaniem "gdzie jest poczta?", udzieliłam wskazówki po niemiecku! Idzie mi coraz lepiej, strach się bać.
Nie wspominałam jeszcze o mojej Tutorin. Po polsku mówimy "mentor", po angielsku "buddy", ale co do zasady chodzi o studenta-anioła stróża. Moja Jessi, ma 19 lat, tatę ze Śląska, szczery uśmiech i mnóstwo dobrych chęci. Poza tym świetnie mówi po polsku (raz po raz wtrącając jakieś słówka z gwary, kupa śmiechu z nią jest), kiedy miała 16 lat sama pojechała do Nowej Zelandii, teraz jest na programie podwójnego dyplomu z Chinami itd. Na WFI- norma, dla mnie wciąż dość mocno zaskakujące. W ogóle nie czarujmy się, specyfika uczelni jest taka jak innych uczelni ekonomicznych. Czyli ładne dziewczyny z drogimi torebkami, przystojni chłopcy w sweterkach z konikiem (krokodyli prawie się nie widuje), chociaż oczywiście są wyjątki. Ale oni tu noszą ładne okulary!
Pora przebrać się i potruchtać w teren. Playlista z motywem przewodnim "woda". Ps 137, Ps 19.
Każdemu zdarza się raz na jakiś czas "dzień zero", na szczęście potem siły witalne wracają i chce się znów żyć. Tak więc zaprosiłam na obiad Magdę i Łukasza. Były naleśniki, niby nic, a po domowemu i smacznie. Tak przy okazji, mamy tu najwymyślniejsze formy patelni, nie każda jednak nadaje się do smażenia naleśniczków...Zrobiłam też polski kisiel, mniam mniam mniam.
Gratulacje dla Devils Wrocław! Kolejna dobra wiadomość dzisiejszej pięknej soboty. Sukces na horyzoncie widać również na uczelni, bo chyba jednak uzbieram 30 ECTS-ów. Inna niesamowitość- zaczepiono mnie dziś na ulicy pytaniem "gdzie jest poczta?", udzieliłam wskazówki po niemiecku! Idzie mi coraz lepiej, strach się bać.
Nie wspominałam jeszcze o mojej Tutorin. Po polsku mówimy "mentor", po angielsku "buddy", ale co do zasady chodzi o studenta-anioła stróża. Moja Jessi, ma 19 lat, tatę ze Śląska, szczery uśmiech i mnóstwo dobrych chęci. Poza tym świetnie mówi po polsku (raz po raz wtrącając jakieś słówka z gwary, kupa śmiechu z nią jest), kiedy miała 16 lat sama pojechała do Nowej Zelandii, teraz jest na programie podwójnego dyplomu z Chinami itd. Na WFI- norma, dla mnie wciąż dość mocno zaskakujące. W ogóle nie czarujmy się, specyfika uczelni jest taka jak innych uczelni ekonomicznych. Czyli ładne dziewczyny z drogimi torebkami, przystojni chłopcy w sweterkach z konikiem (krokodyli prawie się nie widuje), chociaż oczywiście są wyjątki. Ale oni tu noszą ładne okulary!
Pora przebrać się i potruchtać w teren. Playlista z motywem przewodnim "woda". Ps 137, Ps 19.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Nocne negocjacje
Alleluja!
Dziś pierwszy dzień, kiedy po wyjściu z mieszkania nie pomyślałam "cholera, ale zimno". Jest piękna pogoda, mam dziś wolne, ale i tak sporo konkretnych rzeczy zrobiłam. Załatwiłam legitymację i uprawomocniłam swoją bytność na WFI. Spełniłam obowiązki dyżurnego, napisałam ważnego maila, dodałam paru znajomych na fb. Co najważniejsze- znalazłam dyskont! Chleb kupiłam, dobry i tani kilogram chleba za 1,69 euro. Jak długo jedna osoba może jeść kilogram chleba? Coś mi się wydaje, że za czas jakiś wpadną francuskie tosty, ale po przepis zapraszam na bloga Kasi i Zosi.
Może by tak umyć okno?:)
Wczoraj był wieczór zapoznawczo-rozpoznawczy dla zagranicznych studentów. Nieźle jest, ale z lenistwa i tak przegadałam prawie cały czas z Francuzikami. Potem miałam iść na imprezę, ale wróciłam do mieszkania i chłopcy namówili mnie żebym została. No więc zostałam, gadaliśmy do 3 w nocy. O wszystkim- bo najpierw oglądaliśmy mecz, potem zeszło na powstanie świata, politykę, katastrofy lotnicze ("Proszę, ja jestem z Polski, nie jesteście w stanie niczym mnie zaskoczyć":), świętych obcowanie i mityczną "klapę". Zapytałam dlaczego jej nie opuszczają...otóż, drogie panie, to z troski. "No bo tak przynajmniej masz pewność, że klapa jest czysta". Czyli jednak, wszystko dla nas. Przekonałam ich jednak, że powinni ją zamykać, dziś było ok, zobaczymy na jak długo.
Aha, widziałam też Ryszarda Rynkowskiego na rowerze. Mógł to też być Stanisław Tym, chociaż bez TYCH brwi.
Z kraju i ze świata, smutno mi z powodu Bogdana Wenty. Długo nie będzie drugiego takiego...http://www.youtube.com/watch?v=ogTRDjkN-Uk
Tschuss!
Dziś pierwszy dzień, kiedy po wyjściu z mieszkania nie pomyślałam "cholera, ale zimno". Jest piękna pogoda, mam dziś wolne, ale i tak sporo konkretnych rzeczy zrobiłam. Załatwiłam legitymację i uprawomocniłam swoją bytność na WFI. Spełniłam obowiązki dyżurnego, napisałam ważnego maila, dodałam paru znajomych na fb. Co najważniejsze- znalazłam dyskont! Chleb kupiłam, dobry i tani kilogram chleba za 1,69 euro. Jak długo jedna osoba może jeść kilogram chleba? Coś mi się wydaje, że za czas jakiś wpadną francuskie tosty, ale po przepis zapraszam na bloga Kasi i Zosi.
Może by tak umyć okno?:)
Wczoraj był wieczór zapoznawczo-rozpoznawczy dla zagranicznych studentów. Nieźle jest, ale z lenistwa i tak przegadałam prawie cały czas z Francuzikami. Potem miałam iść na imprezę, ale wróciłam do mieszkania i chłopcy namówili mnie żebym została. No więc zostałam, gadaliśmy do 3 w nocy. O wszystkim- bo najpierw oglądaliśmy mecz, potem zeszło na powstanie świata, politykę, katastrofy lotnicze ("Proszę, ja jestem z Polski, nie jesteście w stanie niczym mnie zaskoczyć":), świętych obcowanie i mityczną "klapę". Zapytałam dlaczego jej nie opuszczają...otóż, drogie panie, to z troski. "No bo tak przynajmniej masz pewność, że klapa jest czysta". Czyli jednak, wszystko dla nas. Przekonałam ich jednak, że powinni ją zamykać, dziś było ok, zobaczymy na jak długo.
Aha, widziałam też Ryszarda Rynkowskiego na rowerze. Mógł to też być Stanisław Tym, chociaż bez TYCH brwi.
Z kraju i ze świata, smutno mi z powodu Bogdana Wenty. Długo nie będzie drugiego takiego...http://www.youtube.com/watch?v=ogTRDjkN-Uk
Tschuss!
środa, 18 kwietnia 2012
Übung macht den Meister
Hallo!
Dziś po raz pierwszy zamówiłam kawę po niemiecku! Usłyszałam również od pani w AOK (kasa chorych? prywatne ubezpieczenia zdrowotne? polecam zajrzeć do notatek od prof. Ż:) "grüß Gott! ".
Zajęcia pomału ruszają, jeszcze przez kilka dni pewne rzeczy będą się klarować, ale nie jest to wszystko takie proste. WFI to właściwie wydział większej uczelni, Katolickiego Uniwersytetu w Eichstatt (http://www.ku-eichstaett.de/), o poziomie w sumie trudno wyrokować. Zajęcia są i po angielsku i po niemiecku, zwykle w małych grupach, takich w granicach 15-30 osób. Tu zaczynają się schody, bo studenci z wymian (są też partnerskie uczelnie w Chinach, Korei itd.) muszą uczęszczać na zajęcia po angielsku, a tutejsi przecież też mają prawo. No i konflikt międzynarodowy gotowy, to silniejsze od nich chyba.
Ja nie dostałam się na jeden przedmiot, mam nadzieję w piątek załatwić sobie miejsce na innym. Co do zmian, chyba byłam pijana wybierając Marketing Decisions, nie mam o tym bladego pojęcia... Muszę coś z tym zrobić, bo umrę na tych wykładach, 2 razy po 1,5 godziny o segmentacji produktów (tak to się nazywa?). Póki co daję sobie czas do końca tygodnia.
W mieszkaniu spokojnie, zobaczymy jak w weekend. Zdaje się nie wspomniałam jeszcze, że mamy tu zupełnie fantastyczny system segregowania śmieci. Jestem absolutnie zachwycona, ale nie ma za to czegoś, co być musi. Kosza pod zlewem...
Co do ludzi na uczelni, to te małe grupy mają sporo plusów. Jeśli akurat trafi się ambitny wykładowca i interaktywne metody, można nawet poznać jakichś autochtonów. Ale i tak rozmawiamy po angielsku:) Dręczy mnie pytanie, dlaczego mam w grupie ludzi z Berlina, Dortmundu i innych dużych miast niemieckich. Czy Ingolstadt serio ma taki wysoki poziom, czy każdy chce pracować w Audi, czy może jednak jest inny powód. Ja póki co nie widzę przyczyny. Może przepiękna biblioteka (zrobię jakieś zdjęcia, Mania:), może stokrotki na kampusie, popytamy, zobaczymy.
Jest środa, pora zacząć planować weekend. I jeszcze jakiś rower organizować, rower musi być.
Kłaniam się!
Dziś po raz pierwszy zamówiłam kawę po niemiecku! Usłyszałam również od pani w AOK (kasa chorych? prywatne ubezpieczenia zdrowotne? polecam zajrzeć do notatek od prof. Ż:) "grüß Gott! ".
Zajęcia pomału ruszają, jeszcze przez kilka dni pewne rzeczy będą się klarować, ale nie jest to wszystko takie proste. WFI to właściwie wydział większej uczelni, Katolickiego Uniwersytetu w Eichstatt (http://www.ku-eichstaett.de/), o poziomie w sumie trudno wyrokować. Zajęcia są i po angielsku i po niemiecku, zwykle w małych grupach, takich w granicach 15-30 osób. Tu zaczynają się schody, bo studenci z wymian (są też partnerskie uczelnie w Chinach, Korei itd.) muszą uczęszczać na zajęcia po angielsku, a tutejsi przecież też mają prawo. No i konflikt międzynarodowy gotowy, to silniejsze od nich chyba.
Ja nie dostałam się na jeden przedmiot, mam nadzieję w piątek załatwić sobie miejsce na innym. Co do zmian, chyba byłam pijana wybierając Marketing Decisions, nie mam o tym bladego pojęcia... Muszę coś z tym zrobić, bo umrę na tych wykładach, 2 razy po 1,5 godziny o segmentacji produktów (tak to się nazywa?). Póki co daję sobie czas do końca tygodnia.
W mieszkaniu spokojnie, zobaczymy jak w weekend. Zdaje się nie wspomniałam jeszcze, że mamy tu zupełnie fantastyczny system segregowania śmieci. Jestem absolutnie zachwycona, ale nie ma za to czegoś, co być musi. Kosza pod zlewem...
Co do ludzi na uczelni, to te małe grupy mają sporo plusów. Jeśli akurat trafi się ambitny wykładowca i interaktywne metody, można nawet poznać jakichś autochtonów. Ale i tak rozmawiamy po angielsku:) Dręczy mnie pytanie, dlaczego mam w grupie ludzi z Berlina, Dortmundu i innych dużych miast niemieckich. Czy Ingolstadt serio ma taki wysoki poziom, czy każdy chce pracować w Audi, czy może jednak jest inny powód. Ja póki co nie widzę przyczyny. Może przepiękna biblioteka (zrobię jakieś zdjęcia, Mania:), może stokrotki na kampusie, popytamy, zobaczymy.
Jest środa, pora zacząć planować weekend. I jeszcze jakiś rower organizować, rower musi być.
Kłaniam się!
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Pierwsze koty za płoty!
Hej ho!
Były dziś zajęcia, na które nie jestem zapisana. Nie było tych, na które jestem zapisana. Mam nadzieję, że jutro już będzie wszystko ok. Ze studentów poznałam: całą chmarę Koreanek, Magdę z UEP, nawet jednego Niemca...No i Francuzów.
Bardzo to wszystko zabawne jest. Współlokatorzy nie są dziwni, po prostu nie wszyscy mówią po angielsku. Tajska zupa w Poznaniu i tajska zupa w Ingolstadt (przygotowana przez Taja:), to zupełnie inne historie. Próbują nas tu wrobić w międzynarodowy wieczór kulinarny, a Ukrainiec z Hiszpanii, studiujący w Londynie a tu będący na Erasmusie, namawia mnie na lepienie pierogów. Zgodzę się pod warunkiem, że odpuści barszcz ukraiński. Kuchnia to już totalny odlot jest, wręcz dziwnie się czuję podgrzewając tylko zapasy z domu i merdając gorące kubki. Oni tu gotują. Z warzyw. Z mięsa. Z przyprawami. Ja wam jeszcze pokaże! Ale zanim upiekę ciasto, przydałoby się umyć piekarnik...:)
Jutro kolejne wyzwania. W tym papierkowe. Zobaczymy...
Były dziś zajęcia, na które nie jestem zapisana. Nie było tych, na które jestem zapisana. Mam nadzieję, że jutro już będzie wszystko ok. Ze studentów poznałam: całą chmarę Koreanek, Magdę z UEP, nawet jednego Niemca...No i Francuzów.
Bardzo to wszystko zabawne jest. Współlokatorzy nie są dziwni, po prostu nie wszyscy mówią po angielsku. Tajska zupa w Poznaniu i tajska zupa w Ingolstadt (przygotowana przez Taja:), to zupełnie inne historie. Próbują nas tu wrobić w międzynarodowy wieczór kulinarny, a Ukrainiec z Hiszpanii, studiujący w Londynie a tu będący na Erasmusie, namawia mnie na lepienie pierogów. Zgodzę się pod warunkiem, że odpuści barszcz ukraiński. Kuchnia to już totalny odlot jest, wręcz dziwnie się czuję podgrzewając tylko zapasy z domu i merdając gorące kubki. Oni tu gotują. Z warzyw. Z mięsa. Z przyprawami. Ja wam jeszcze pokaże! Ale zanim upiekę ciasto, przydałoby się umyć piekarnik...:)
Jutro kolejne wyzwania. W tym papierkowe. Zobaczymy...
niedziela, 15 kwietnia 2012
Living on my own
W Ingolstadt pada.
Rano byłam w kościele, o tym za chwilę. Reszta dnia bardzo leniwa, chociaż oparłam się pokusie obejrzenia DSDS (Idi!:) i trochę posprzątałam w kuchni. Bo jak mi się Zeitung przykleił do stołu to musiałam... Mieszkanie w wieloosobowym kolektywie ma swoje wady, bałagan jest pierwszą i podstawową. Trzaskanie naczyń wyciąganych ze zmywarki o 8 rano w niedzielę, chociaż mnie obudziło, jest w gruncie rzeczy miłe i przypomina dom. Jest jeszcze jeden szczegół. Panowie są tu w przeważającej większości, także awantura o opuszczanie klapy wisi w powietrzu.
Co do kościoła. Jak już zameldowałam, w Niemczech nie wypada mówić, że drzwi były zamknięte "z obawy przed Żydami". Co mnie dziwi? Mimo osławionego "podatku kościelnego", składka i tak jest. Znaczy msza ważna. Sam kościół franciszkański przepiękny, ale te ławki...oparcie wbija się akurat w miejsce pod łopatkami, uniemożliwiając garbienie się. Z drugiej strony, klęcznik są obite i bardzo komfortowo się klęczy. Warto dodać, że klęczą tu więcej niż u nas. Bardzo porządnie, bardzo! Są też dziewczynki-ministrantki, a lud bardzo przyzwoicie śpiewa ze śpiewników. Rozumiałam głównie "Alleluja" i jeszcze może ok. 20 słów.
Jutro zaczynam zajęcia. Nie mogę się doczekać! Tschuss!
Rano byłam w kościele, o tym za chwilę. Reszta dnia bardzo leniwa, chociaż oparłam się pokusie obejrzenia DSDS (Idi!:) i trochę posprzątałam w kuchni. Bo jak mi się Zeitung przykleił do stołu to musiałam... Mieszkanie w wieloosobowym kolektywie ma swoje wady, bałagan jest pierwszą i podstawową. Trzaskanie naczyń wyciąganych ze zmywarki o 8 rano w niedzielę, chociaż mnie obudziło, jest w gruncie rzeczy miłe i przypomina dom. Jest jeszcze jeden szczegół. Panowie są tu w przeważającej większości, także awantura o opuszczanie klapy wisi w powietrzu.
Co do kościoła. Jak już zameldowałam, w Niemczech nie wypada mówić, że drzwi były zamknięte "z obawy przed Żydami". Co mnie dziwi? Mimo osławionego "podatku kościelnego", składka i tak jest. Znaczy msza ważna. Sam kościół franciszkański przepiękny, ale te ławki...oparcie wbija się akurat w miejsce pod łopatkami, uniemożliwiając garbienie się. Z drugiej strony, klęcznik są obite i bardzo komfortowo się klęczy. Warto dodać, że klęczą tu więcej niż u nas. Bardzo porządnie, bardzo! Są też dziewczynki-ministrantki, a lud bardzo przyzwoicie śpiewa ze śpiewników. Rozumiałam głównie "Alleluja" i jeszcze może ok. 20 słów.
Jutro zaczynam zajęcia. Nie mogę się doczekać! Tschuss!
sobota, 14 kwietnia 2012
Ingolstadt, dzień 1.
Mama: - A masło weźmiesz?
Agata: - Ja tu już nic nie zmieszczę!
Mama - Ale jak to tak bez masła, grozi ci ślepota!
Serce matki jest niezawodne. Mi samej trudno wyobrazić sobie życie bez masła gostyńskiego. Bo masło gostyńskie jest najlepsze i basta. Kto nie wierzy, niech spróbuje. Poza tym, każdy kucharz przyzna, że odrobina masła dodana do potrawy zawsze polepszy jej smak. Jedliście ciasta francuskie? Przecież to samo masło jest tak w gruncie rzeczy. A jak babcie smażą naleśniki, to zawsze na masełku, niach niach.
Masło jako figura stylistyczna symbolizuje więc ciepło domu rodzinnego, niezdrową w nadmiarze przyjemność i niezbędne do życia składniki odżywcze. Bez masła można żyć, ale co to za życie. A gdy proponuje się armaty zamiast masła, to jest już bardzo źle, chociaż koniunktura się polepsza.
Blog w założeniu ma być o Erasmusie, samodzielnym życiu, życiu w Niemczech i w międzynarodowym mieszkaniu z 11 osobami. Co z tego wyniknie? To się okaże.
Nie:
- Nie będzie zdjęć. Nie jestem Kasią Tusk. Poza tym nie lubię, nie umiem, nie wzięłam aparatu.
- Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.
Tak:
- Będzie subiektywnie i "z pamiętnika starego subiekta", skoro już piszę, to o wszystkim i o niczym.
- Będzie wbrew stereotypom.
Pozdrawiam serdecznie z mojego ciasnego, ale własnego pokoiku. Zabałaganiony jest już zupełnie "swój".
Auf Wiederlesen!
Subskrybuj:
Posty (Atom)