Wraża propaganda głosi, jakobym nie znosiła chodzenia po górach. Dementuję. Co prawda, nie mam tego we krwi, nie robię tego często ani pewnie z właściwym namaszczeniem, ale doceniam góry jako formę ukształtowania terenu. Ja po prostu jestem jak żaba z dowcipu i "się nie rozerwę", albo na Mazury albo w góry, nie mam helikoptera, a PKP działa jak działa. Jak już się okazało, że dojedzie odpowiednie obuwie, wyraziłam entuzjastycznie chęć wyjazdu z KHG. Słowo stało się ciałem i w niedzielę o 7 rano, po dość pośpiesznym poranku, stawiłam się na miejsce zbiórki.
Pojechaliśmy, kierunek Monachium a potem trochę w bok. Zawsze mi głupio jak muszę poprawiać mężczyzn, zwłaszcza w czynnościach tak skrajnie "niekobiecych" jak czytanie mapy. No więc siedziałam cicho. Przez GPS pobłądziliśmy, ale w ostateczności wszyscy zajechali na miejsce. http://www.lyra-alm.de/images/spitzingsee.jpg Około dziesiątej ruszyliśmy. Szło się niezgorzej, plecaki tylko dwudniowe, systematycznie opróżniane z prowiantu. Mi powoli ustępował alergiczny katar, przychodziło za to coraz więcej nowych niemieckich zwrotów, musiałam się przemóc i zacząć mówić. Po około dwóch godzinach byliśmy u celu, schronisko: http://www.rotwandhaus.de/.
Dla dodatkowej informacji, grupa liczyła 12 osób, 3 dziewczyny, reszta panów. Prowodyrem zamieszania i przewodnikiem stada był Peter. Peter jest super.
Jeszcze w niedzielę wybraliśmy się w dalszą drogę. Myślałam, że mam przewidzenia gdy wchodząc na górę zauważyłam lamę. Potem drugą, trzecią i czwartą. http://www.youtube.com/watch?v=zRozKfYGFVc&feature=fvwrel Okazało się, że ktoś hoduje sobie lamy w tych okolicach i czasem trzeba je zabrać na spacer. Jak mi nic w życiu nie wyjdzie, pojadę paść lamy. Niekoniecznie trzeba jechać aż w Andy.
Bardzo dobrze było, niespodziewanie stworzyła się grupa. Mogłam nawet podzielić się moją małą paranoją...Otóż, za każdym razem gdy w Niemczech słyszę przelatujący samolot ( a jako osoba zamieszkująca korytarz powietrzny F-16 z Krzesin, jestem na tym punkcie wrażliwa), mam dziwne uczucie. Śmiali się ale zrozumieli. Super się bawiłam. Nie jest mi oczywiście łatwo z tym, że dla mojego dobra mówi się do mnie głównie szybko i po bardzo bardzo niemiecku. Rozumiem wciąż pewnie połowę z tego co powinnam, jednakże chyba nie ma innego wyjścia... Dziś za to Simon powiedział, że jestem mocniejsza w niemieckim niż mi się wydaje. Kolejny komplement, chyba nadmę się jak balon i odlecę.
Wróciłam w poniedziałek późnym popołudniem. Bardzo chcę wrócić jeszcze w Alpy Bawarskie. Są urzekające. A świstaki? Nie da się tego z niczym porównać. Pewne jest jedno- góry da się lubić.
środa, 30 maja 2012
Aneczka- dzień 3.
Sobota!
Dwa śluby, koncert organowy, sesja zdjęciowa w ogrodzie dawnej Akademii Medycznej w Ingolstadt. Szczególnie interesująco wypadł ślub bawarski- była orkiestra, przemarsz gości i zdaje się wszystko zaczęło się od nasiadówki w ogródku piwnym. Urocze.
W sobotę zaliczyłyśmy kolejne punkty obowiązkowe- znów zakupy- przeciwalergiczne i przeciwsłoneczne, kebab od Turasa, trochę porządku przy sobocie. Po południu upiekłam ciastka, Aneczka zrobiła sałatkę, poszłyśmy na jakąś godzinkę-dwie na grilla do akademików. Ale już trzeba było iść na dworzec. Tam oczywiście autobus się spóźnił, pan kierowca po męsku porozmawiał z jednym panem typu "wąsaty majster" i w rezultacie niedoszły pasażer nie pojechał tego dnia do Polski. Rozmowa została przeprowadzona wzorowo, pan sam się przyznał, że spożywał alkohol, a to oczywiście jest sprzeczne z regulaminem podróży. Pomachałam siostrze i z lekkim żalem w sercu wróciłam do domu. Po rower. Pokręciłam się jeszcze trochę po trasie Munzberg- Schaeffeabrau, umyłam naczynia...Jednak myślami byłam już przy kolejnym wspaniale zapowiadającym się dniu. Czekały mnie góry.
Wizyta Aneczki była świetna, mam nadzieję, że jeszcze tu do mnie przyjedzie.
Dwa śluby, koncert organowy, sesja zdjęciowa w ogrodzie dawnej Akademii Medycznej w Ingolstadt. Szczególnie interesująco wypadł ślub bawarski- była orkiestra, przemarsz gości i zdaje się wszystko zaczęło się od nasiadówki w ogródku piwnym. Urocze.
W sobotę zaliczyłyśmy kolejne punkty obowiązkowe- znów zakupy- przeciwalergiczne i przeciwsłoneczne, kebab od Turasa, trochę porządku przy sobocie. Po południu upiekłam ciastka, Aneczka zrobiła sałatkę, poszłyśmy na jakąś godzinkę-dwie na grilla do akademików. Ale już trzeba było iść na dworzec. Tam oczywiście autobus się spóźnił, pan kierowca po męsku porozmawiał z jednym panem typu "wąsaty majster" i w rezultacie niedoszły pasażer nie pojechał tego dnia do Polski. Rozmowa została przeprowadzona wzorowo, pan sam się przyznał, że spożywał alkohol, a to oczywiście jest sprzeczne z regulaminem podróży. Pomachałam siostrze i z lekkim żalem w sercu wróciłam do domu. Po rower. Pokręciłam się jeszcze trochę po trasie Munzberg- Schaeffeabrau, umyłam naczynia...Jednak myślami byłam już przy kolejnym wspaniale zapowiadającym się dniu. Czekały mnie góry.
Wizyta Aneczki była świetna, mam nadzieję, że jeszcze tu do mnie przyjedzie.
Aneczka- dzień 2.
Dzień drugi zaczął się od zmiany planów. Nie miałam serca budzić twardo śpiącej siostry i odpuściłam wizytę w Asamkirche (http://de.wikipedia.org/wiki/Asamkirche_(Ingolstadt)), pojechałyśmy do Monachium pociągiem o 10 rano.Podróż przebiegła pomyślnie, siostra oczywiście zdziwiła się gdy nasi sąsiedzi postanowili wypić sobie legalnie i jak gdyby nigdy nic piwko w pociągu. Wysiadłyśmy na dworcu i poszłyśmy gdzie nas nogi niosły. Pomału przypominałam sobie gdzie byłam i co widziałam. Jednak bez tłumu czerwonych kibiców miasto wyglądało zupełnie inaczej. Został zaliczony obowiązkowy punkt programu- McDonald's na "kawę i siku", potem zaczęło się zwiedzanie kościołów- co jeden to bardziej zapierający dech w piersiach- kilka sklepów też trzeba było zahaczyć. Nowy Ratusz i centrum informacji turystycznej, w końcu wiedziałyśmy gdzie i co warto jeszcze zobaczyć. Tak więc poszłyśmy. Na wursta na Viktualienmarkt, na piwo w Hofbraeuhaus, przejechać się metrem i pochodzić po Maximilianstrasse- tu można poczuć się jak co najmniej w Paryżu. Miasto jest zachwycające, ale takim zachwytem na granicy nienawiści. Zaczyna się zazdrościć Niemcom rozmachu, pomysłu, bogactwa dawnych wieków i precyzji rekonstrukcji. Trudne, monumentalne piękno. Teutońska potęga w całej okazałości,wszechobecny, tryumfalny germański styl.
Do muzeów nie wchodziłyśmy, nie widziałyśmy też wioski olimpijskiej ani muzeum BMW. Poszłyśmy za to na długi spacer do Ogrodu Angielskiego. Tam spotkałyśmy sporo dziwaków. A to jakiś starszy pan przechadzał się po trawniku ubrany tylko w czapkę z daszkiem... A to "czarny murzyn w białym dresie" z kolegą chcieli się dowiedzieć co u nas słychać. Na marginesie- to akurat wina Aneczki i jej iście słowiańskiej urody, ze szczególnym uwzględnieniem blond włosów. Tak czy inaczej, spławiłam gości koncertowo, mówiąc tylko i wyłącznie po polsku. "Kajne dojcz, kajne englisz, kajne francuzisz, tylko po polsku". Nie będą mi tu siostry bałamucić. Od Aneczki mi wara, zwłaszcza teraz gdy w końcu dojrzałam do posiadania szwagra, ale tylko tego jednego konkretnego:) Wyczerpane, pojechałyśmy jeszcze obejrzeć dość dziwaczny kompleks budynków w stylu antycznej Grecji. Dobrze było w końcu wsiąść do pociągu. Znów był zatłoczony, zaczynał się długi weekend.
W mieszkaniu super, Aneczka zakolegowała się z kolegami inżynierami:) Dopytywali się dziś czy wszystko u niej ok. W piątek działałyśmy jeszcze trochę przy rowerze, to była zasadnicza misja. Wygląda już trochę lepiej, jeszcze odrobina czerwonego lakieru do paznokci i będzie totalnie stylowo.
W piątek zaczynał się też Folksfest, miasto opanowała młodzież w tradycyjnych strojach. Piwo, kiełbaski i wesołe miasteczko. Wyrafinowana rozrywka dla całej rodziny.
Do muzeów nie wchodziłyśmy, nie widziałyśmy też wioski olimpijskiej ani muzeum BMW. Poszłyśmy za to na długi spacer do Ogrodu Angielskiego. Tam spotkałyśmy sporo dziwaków. A to jakiś starszy pan przechadzał się po trawniku ubrany tylko w czapkę z daszkiem... A to "czarny murzyn w białym dresie" z kolegą chcieli się dowiedzieć co u nas słychać. Na marginesie- to akurat wina Aneczki i jej iście słowiańskiej urody, ze szczególnym uwzględnieniem blond włosów. Tak czy inaczej, spławiłam gości koncertowo, mówiąc tylko i wyłącznie po polsku. "Kajne dojcz, kajne englisz, kajne francuzisz, tylko po polsku". Nie będą mi tu siostry bałamucić. Od Aneczki mi wara, zwłaszcza teraz gdy w końcu dojrzałam do posiadania szwagra, ale tylko tego jednego konkretnego:) Wyczerpane, pojechałyśmy jeszcze obejrzeć dość dziwaczny kompleks budynków w stylu antycznej Grecji. Dobrze było w końcu wsiąść do pociągu. Znów był zatłoczony, zaczynał się długi weekend.
W mieszkaniu super, Aneczka zakolegowała się z kolegami inżynierami:) Dopytywali się dziś czy wszystko u niej ok. W piątek działałyśmy jeszcze trochę przy rowerze, to była zasadnicza misja. Wygląda już trochę lepiej, jeszcze odrobina czerwonego lakieru do paznokci i będzie totalnie stylowo.
W piątek zaczynał się też Folksfest, miasto opanowała młodzież w tradycyjnych strojach. Piwo, kiełbaski i wesołe miasteczko. Wyrafinowana rozrywka dla całej rodziny.
wtorek, 29 maja 2012
Aneczka- dzień 1.
Moja siostra przyjechała do mnie na "trzy dni i dwie noce" zgodnie z moją dziecięcą terminologią. Nad ranem w czwartek odebrałam ją z dworca i zaczęła się ekscytująca eskapada po Ingolstadt. Plan był dość napięty, ale organizator okazał się nawet elastyczny. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo się stęskniłam.
Aneczka, zgodnie z przewidywaniami, była zaszokowana warunkami w naszym mieszkanku. Starałam się dość porządnie posprzątać, jednak nic nie uszło uwadze mojej najlepszej na świecie siostry. Drzwi istotnie mam brudne:) Ania zrobiła niezbędne zakupy, trochę pochodziłyśmy po mieście, pokazałam jej uczelnię, wszystkie możliwe kościoły, moją Normę.
To fantastyczne uczucie, po tak długim czasie samodzielnego gotowania, w końcu mieć podany obiad. I jak ktoś się zatroszczy o zakup czegokolwiek na alergię w aptece. Super jest mieć starszą siostrę.
Pierwszy dzień zakończył się długą przejażdżką nad jezioro. Oczywiście, nie obyło się bez przygód, bo tylko nam mogą stanąć na drodze-i to dosłownie- dzikie kaczki. Cholery w ogóle się nie bały, za to my się bałyśmy, że nas pobodą ("gęsi za wodą, kaczki za wodą, uciekaj dziewczyno, no cię pobodą!"), więc zmieniłyśmy trasę. Po całym dniu spało się więc wyjątkowo dobrze, a kolejny miał przynieść nowe atrakcje.
Bis bald!
Aneczka, zgodnie z przewidywaniami, była zaszokowana warunkami w naszym mieszkanku. Starałam się dość porządnie posprzątać, jednak nic nie uszło uwadze mojej najlepszej na świecie siostry. Drzwi istotnie mam brudne:) Ania zrobiła niezbędne zakupy, trochę pochodziłyśmy po mieście, pokazałam jej uczelnię, wszystkie możliwe kościoły, moją Normę.
To fantastyczne uczucie, po tak długim czasie samodzielnego gotowania, w końcu mieć podany obiad. I jak ktoś się zatroszczy o zakup czegokolwiek na alergię w aptece. Super jest mieć starszą siostrę.
Pierwszy dzień zakończył się długą przejażdżką nad jezioro. Oczywiście, nie obyło się bez przygód, bo tylko nam mogą stanąć na drodze-i to dosłownie- dzikie kaczki. Cholery w ogóle się nie bały, za to my się bałyśmy, że nas pobodą ("gęsi za wodą, kaczki za wodą, uciekaj dziewczyno, no cię pobodą!"), więc zmieniłyśmy trasę. Po całym dniu spało się więc wyjątkowo dobrze, a kolejny miał przynieść nowe atrakcje.
Bis bald!
poniedziałek, 28 maja 2012
Przemysław,chopia, a ty godosz po naszymu?
Serwus!
notek nie ma, ale wszystkie są w głowie. Pojawią się wkrótce, w kolejności chronologicznej.
Była środa, zajęcia, a potem porządne rowerowanie z Magdą. Po wszystkim usiadłyśmy w akademikowym ogrodzie z sałatką i winem. Tradycyjnie już zaczęłyśmy obserwację uczestniczącą wśród niemieckich studentów. Chłopcy i dwie dziewczyny z Fachhochschule akurat robili sobie grilla. Jak zwykle- one stały, oni siedzieli i tak dalej i tak dalej, nie bawią się nawet w pozory dżentelmenerii. My bez skrępowania komentowałyśmy ogólną bylejakość stosunków tu panujących, ze szczególnym uwzględnieniem beznadziejności chłopców. I tak sobie narzekamy, narzekamy, raz po raz przychodzi do nas Julian, czaruś z niego nieziemski, ale kompletnie mu nie wychodzi. Mówi w pewnym momencie: "A my tu mamy Polaka!". Zapanowało krępujące milczenie. Julian zawołał "Jimmiego". Przychodzi taki chłopaczek z cicha pęk i się przedstawia- "Przemysław". Na całe szczęście opanowałyśmy z Magdą wybuch spazmatycznego śmiechu. Okazało się, że to prawdziwy Polak ze Śląska, konkretnie z Tychów. No i tak zamiatał gwarą, jeszcze kompletnie zniemczoną... I ponoć nie słyszał jak rozmawiałyśmy. Kamień z serca. Mam dużą słabość do Ślązaków, porozmawiałam sobie z Przemysławem o życiu i niemieckiej wódce, mniej więcej co dwa zdania śmiałam się w głos, on tak cudownie godoł. Musiałam się jednak wcześnie zwinąć bo następnego dnia rano przyjeżdżała Aneczka.
O wizycie siostry i górach jutro. Na marginesie- dziś drugi dzień Zielonych Świątek, w Niemczech wolne. A jutro mamy dodatkowe wolne na uczelni. Pozdrawiam...:)
notek nie ma, ale wszystkie są w głowie. Pojawią się wkrótce, w kolejności chronologicznej.
Była środa, zajęcia, a potem porządne rowerowanie z Magdą. Po wszystkim usiadłyśmy w akademikowym ogrodzie z sałatką i winem. Tradycyjnie już zaczęłyśmy obserwację uczestniczącą wśród niemieckich studentów. Chłopcy i dwie dziewczyny z Fachhochschule akurat robili sobie grilla. Jak zwykle- one stały, oni siedzieli i tak dalej i tak dalej, nie bawią się nawet w pozory dżentelmenerii. My bez skrępowania komentowałyśmy ogólną bylejakość stosunków tu panujących, ze szczególnym uwzględnieniem beznadziejności chłopców. I tak sobie narzekamy, narzekamy, raz po raz przychodzi do nas Julian, czaruś z niego nieziemski, ale kompletnie mu nie wychodzi. Mówi w pewnym momencie: "A my tu mamy Polaka!". Zapanowało krępujące milczenie. Julian zawołał "Jimmiego". Przychodzi taki chłopaczek z cicha pęk i się przedstawia- "Przemysław". Na całe szczęście opanowałyśmy z Magdą wybuch spazmatycznego śmiechu. Okazało się, że to prawdziwy Polak ze Śląska, konkretnie z Tychów. No i tak zamiatał gwarą, jeszcze kompletnie zniemczoną... I ponoć nie słyszał jak rozmawiałyśmy. Kamień z serca. Mam dużą słabość do Ślązaków, porozmawiałam sobie z Przemysławem o życiu i niemieckiej wódce, mniej więcej co dwa zdania śmiałam się w głos, on tak cudownie godoł. Musiałam się jednak wcześnie zwinąć bo następnego dnia rano przyjeżdżała Aneczka.
O wizycie siostry i górach jutro. Na marginesie- dziś drugi dzień Zielonych Świątek, w Niemczech wolne. A jutro mamy dodatkowe wolne na uczelni. Pozdrawiam...:)
wtorek, 22 maja 2012
"Who the f*ck is Chelsea London?"
Śpiewały raz po raz grupki pijanych chyba od świtu kibiców Bayernu. Dziś będzie notka o tym co było w sobotę i w nocy z soboty na niedzielę.
Kiedy tylko skończyły się karne w meczu Real-Bayern było jasne- na finał jedziemy do Monachium. Skrzyknęliśmy ekipę, żeby najtaniej możliwie pojechać pociągiem (Bayern Ticket opłaca się dla 5 osób, wtedy można na nim podróżować całą dobę prawie a wychodzi po 6 euro na głowę) i zaopatrzeni we wszystko co niezbędne, ruszyliśmy w sobotę ok. 15. Podróż "tam" minęła komfortowo i swobodnie, dopiero na dworcu okazało się co nas czeka. Nieprzebrane tłumu ludzi, większość już lekko "wcięta", pomalowani, poubierani, w nastrojach bojowych. Mieliśmy nadzieję na jakiekolwiek miejsce gdzie oprócz atmosfery byłby także ekran z transmisją. Szybko okazało się, że nie wszyscy w grupie mieli takie preferencje, więc z początkowej dwudziestki została nas ósemka. Po dość długich poszukiwaniach, zagadywaniu do Niemców i niemieckiej Polizei, traciliśmy nadzieję-nawet do pubów trzeba było mieć bilet. Transmisji publiczne, na wolnym powietrzu nie było nigdzie w ścisłym centrum miasta. Zapowiadało się nieciekawie, czas uciekał i zostało tylko 3 godziny do rozpoczęcia meczu. W końcu udało się, były dla nas miejsca w irlandzkim pubie- ale i tu przeważali kibice Bayernu. Zanim zaczął się Mecz, był Heineken Cup w rugby. To jest sport!:)
Kto widział mecz, ten wie. Emocje były, była też przewaga Bayernu przez większość czasu. Ale sport jest jaki jest, takie jest też życie, niewykorzystane sytuacje się mszczą. Na karnych wszyscy wstali z miejsc, już byli w ogródku, już witali się z gąską...
- Czy wiesz jak włożyć korek od szampana z powrotem do butelki?
Kiedy tylko skończyły się karne w meczu Real-Bayern było jasne- na finał jedziemy do Monachium. Skrzyknęliśmy ekipę, żeby najtaniej możliwie pojechać pociągiem (Bayern Ticket opłaca się dla 5 osób, wtedy można na nim podróżować całą dobę prawie a wychodzi po 6 euro na głowę) i zaopatrzeni we wszystko co niezbędne, ruszyliśmy w sobotę ok. 15. Podróż "tam" minęła komfortowo i swobodnie, dopiero na dworcu okazało się co nas czeka. Nieprzebrane tłumu ludzi, większość już lekko "wcięta", pomalowani, poubierani, w nastrojach bojowych. Mieliśmy nadzieję na jakiekolwiek miejsce gdzie oprócz atmosfery byłby także ekran z transmisją. Szybko okazało się, że nie wszyscy w grupie mieli takie preferencje, więc z początkowej dwudziestki została nas ósemka. Po dość długich poszukiwaniach, zagadywaniu do Niemców i niemieckiej Polizei, traciliśmy nadzieję-nawet do pubów trzeba było mieć bilet. Transmisji publiczne, na wolnym powietrzu nie było nigdzie w ścisłym centrum miasta. Zapowiadało się nieciekawie, czas uciekał i zostało tylko 3 godziny do rozpoczęcia meczu. W końcu udało się, były dla nas miejsca w irlandzkim pubie- ale i tu przeważali kibice Bayernu. Zanim zaczął się Mecz, był Heineken Cup w rugby. To jest sport!:)
Kto widział mecz, ten wie. Emocje były, była też przewaga Bayernu przez większość czasu. Ale sport jest jaki jest, takie jest też życie, niewykorzystane sytuacje się mszczą. Na karnych wszyscy wstali z miejsc, już byli w ogródku, już witali się z gąską...
- Czy wiesz jak włożyć korek od szampana z powrotem do butelki?
- Nie, ale zapytaj kibiców Bayernu.
Potem zapadła cisza. Z któregoś rogu sali odezwali się kibice Chelsea. Jakiś pan- nie wyglądał na Niemca- poszedł i mnie przytulił. Urocze.
Zbieraliśmy się więc do powrotu. Nie bez satysfakcji patrzyliśmy z Łukaszem na przybitych i rozbitych Niemców. Miasto tonęło w śmieciach, ale było spokojnie- pełna policyjna obstawa. Oczywiście, Anglicy jak zwykle pokazali klasę... Mówiłam już, że bardzo się cieszę, że mnie ominie Euro 2012? Właśnie min. z powodu głośnych, chamskich kibiców.
Ostatni pociąg do Ingolstadt mieliśmy o 00.30. Napakowany ludźmi jak pestka w godzinach szczytu. Między innymi z powodu tłoku powstało niebezpieczeństwo konfliktu międzynarodowego. Jechali oczywiście Niemcy, ale też głośna grupa Francuzów. Jak ci się nadzierali, to się nie dzieje. Niemcy na nich po swojemu- zero reakcji. Próbowali po angielsku, ale pijani Francuzi są jeszcze mniej chętni do komunikowania się w tym języku niż zwykle. Także najpierw zaryczeli Marsyliankę a potem przyśpiewki stadionowe przez całą godzinę. A myśmy z Łukaszem, Olgą i Maxem rozmawiali mieszanką polskiego i rosyjskiego, nas nikt się nie czepiał bo każdy się "Rusków" boi.
Tak upłynął dzień, wieczór i poranek tamtego dnia. A rano słońce wstało jak gdyby nigdy nic.
niedziela, 20 maja 2012
KKK cz.3 Kirche
Wszyscy spodziewali się dziś raczej notki o przegranym meczu i ekscytującej wyprawie do Monachium. Będzie, ale w swoim czasie, może jak opadną emocje. Bo jest Dzień Pański i warto w końcu dopełnić cyklu wpisem o niemieckim Kościele.
Chciałam napisać 17 maja, ale czasu nie wystarczyło. 17 maja 1998 miała miejsce moja pierwsza Komunia Święta i wtedy to właśnie otwarła się przede mną nowa Rzeczywistość (abstrahując od bieżącej dyskusji o rozumieniu Tajemnicy przez dzieci w wieku lat 9). Z samego dnia pamiętam niewiele, ale był przełomowy. Szczęśliwie, tamto doświadczenie może być powtarzane codziennie, w każdym prawie zakątku świata i nie zmienia to Istoty rzeczy. Tak więc i w Niemczech wierzę i praktykuję, jest inaczej, czasem zupełnie odlotowo, mistycznie wprost. Czasem bywa ciemno, zimno, do domu daleko, ale...
Chciałam napisać 17 maja, ale czasu nie wystarczyło. 17 maja 1998 miała miejsce moja pierwsza Komunia Święta i wtedy to właśnie otwarła się przede mną nowa Rzeczywistość (abstrahując od bieżącej dyskusji o rozumieniu Tajemnicy przez dzieci w wieku lat 9). Z samego dnia pamiętam niewiele, ale był przełomowy. Szczęśliwie, tamto doświadczenie może być powtarzane codziennie, w każdym prawie zakątku świata i nie zmienia to Istoty rzeczy. Tak więc i w Niemczech wierzę i praktykuję, jest inaczej, czasem zupełnie odlotowo, mistycznie wprost. Czasem bywa ciemno, zimno, do domu daleko, ale...
"I nie zostało mi nic prócz Boga-
to znaczy
zostało wszystko
jeżeli wierzysz"
Ryszard Kapuściński, "Notes"
Bezpośrednim impulsem do napisania tego wpisu była msza niedzielna, z której właśnie wróciłam. Nie było łatwo wstać (złapaliśmy ostatni pociąg o 00.30, w Ingolstadt byliśmy ok. 3), ale opłaciło się. Poza wszystkim, to była msza z bierzmowaniem, więc był i miejscowy biskup. Ale nic z "przenajwielebniejszy księże biskupie" tych rzeczy. Śpiewali gospel- gospel po niemiecku nie brzmi wcale- dzieci jakieś młodsze, pogodna atmosfera, pełen kościół, a zapełnić Muenster nie jest łatwo. I pod koniec pomyślałam sobie, że jeśli doczekam momentu kiedy "u nas", pod koniec mszy z udziałem Przełożonego, ksiądz proboszcz wykona z towarzyszeniem gitary amerykańską piosenkę gospel, to będzie to bardzo dobry znak potwierdzający "znormalnienie" polskiego Kościoła.
Kościół niemiecki jest bogaty. W Ingolstadt zarabia na prowadzeniu akademików, jezuici wciąż zajmują się tu oświatą oraz mają swoją własną rozlewnię wód. Mało mam możliwości rozmów ze "zwykłymi" katolikami, ale domyślam się jaka może być ich percepcja. A może to tylko w Bawarii sytuacja finansowa jest aż tak dogodna.
Moja uczelnia, jako jedyna w niemieckojęzycznych krajach, ma w nazwie "katolicka". W Ingolstadt tego nie widać, ponoć na kampusie w Eichttaet bardziej, kiedyś w końcu będę musiała tam pojechać, ponoć samo miasto jest urocze. Co jest i działa bardzo dobrze również w Ingolstadt to Katholische Hochschulgemeinde, najprościej tłumacząc, katolickie stowarzyszenie studentów. Wbrew-również moim- obawom, nie jest bardzo "katolicko" to znaczy- są również spotkania ekumeniczne, nikt nikogo o akt chrztu nie prosi, nie ma zakochanych w księdzu dziewuszek w spódnicach za kolano. Zazwyczaj przeważają panowie. Za pierwszym razem to był szok, teraz już się przyzwyczaiłam. Wszyscy są sympatyczni i bardzo się cieszę na przyszłotygodniowy wyjazd w góry. Może być tylko lepiej!
A poza wszystkim jest Wspólnota. O tych ludziach może kiedy indziej, bo każde nasze spotkanie to taka radość!
Kościół jest częścią mojej rzeczywistości, tak jak ja jestem częścią Kościoła.
Serdeczności!
piątek, 18 maja 2012
Jedzą, piją, lulki palą.
W środę była uczelnia i padało. I próbowałam przemieszczać się rowerem, na tyle szybko, żeby nie zmoknąć. Nie udało się. Poza tym wczoraj planowałam napisać, ale jakoś nie było kiedy. Jednakowoż, skoro własny ojciec się dopytuje dlaczego nie ma nic nowego na blogu (poinformował mnie przy okazji, że Facebook zadebiutował na giełdzie, chyba jednak powinnam zacząć oglądać jakiekolwiek wiadomości po niemiecku), pora się zabrać za pisanie.
Wczoraj mieliśmy wolne, w końcu udało się pojechać gdzieś w region. Szokiem było spotkanie na dworcu tabunu mężczyzn w różnym wieku, za to jak jeden mąż przyodzianych w letherhosen. Każda ekipa miała swoje 2-3 skrzynki piwa, zresztą pić zaczynali już w poczekalni. A było przed 10 rano.
Byłyśmy z dziewczynami w Augsburgu, piękne miasto. Położone nad rzeką Lech:), zachwycająca jest tam architektura- nie wiem czy tamtejsza katedra nie jest najpiękniejszą, jaką dotąd widziałam w życiu. A kiedy spaceruje się po tych szerokich alejach obsadzonych kasztanowcami, gdzie każdy jeden dom wygląda jak ambasada lub co najmniej prestiżowa kancelaria, to zaczyna człowiek tęsknić za Poznaniem. Bo nic już na to nie poradzę, różowe kasztany to przede wszystkim skrzyżowanie Głogowska/Hetmańska i codziennie pokonywana trasa. Nawet 2 razy dziennie codziennie.
Najciekawsza część miasta to Fuggerei (http://pl.wikipedia.org/wiki/Fuggerei), osiedle socjalne założone w XVI wieku i wciąż spełniające pierwotną funkcję. Żeby zamieszkać w jednym z 60 domków należy być urodzonym w Augsburgu katolikiem, w możliwie trudnej sytuacji materialnej. Miesięczny czynsz wynosi 0,88 euro. Założyciel umyślił sobie, że każdy z mieszkańców będzie zobowiązany modlić się w intencji jego i jego rodziny 3 razy dziennie. Na terenie osiedla znajdował się więc naturalnie kościół, do dziś raz dziennie odbywa się tam msza święta. W Fuggerei mieszkał swego czasu min. pradziadek Mozarta Wolfganga Amadeusza. Teraz w jego domu jest muzeum, można również zobaczyć współczesne mieszkanie, wypić piwko (ceny nie są proporcjonalne do czynszu w mieszkaniach) Nikt nie był w stanie odpowiedzieć mi na pytanie czy mają tam internet. Unikatowa koncepcja i bardzo malownicze miejsce. Trzeba!
Powrót do domu i szybka regeneracja sił, zbierało się na kolację. Ok. 30 osób, przynajmniej z 8-10 różnych dań, alkohol- od podłego wina z plastikowych butelek do delikatesów w postaci Żołądkowej Gorzkiej z Miętą, Żubrówki de Lux oraz węgierskiej Palinki, tym razem z lekkim gruszkowym posmakiem. Wschód ze smakiem oblizuje usta, Zachód kaszle, prycha i krzyczy, że "parzy". A Daleki Wschód to już w ogóle, końcówkę języka zamoczywszy, dezerteruje. Wypicie czegoś dla zdrowotności i lepszego trawienia było wskazane, bo ilość jedzenia była zabójcza. Meksykańska i fińska zapiekanka- każda inna, obie smaczne. Indyjski ryż i bardzo pikantny kurczak, tajska zupa z kurczaka, dwa rodzaje gulaszu- rumuński i węgierski. Nasze pierogi, nasze, ale ruskie. Ja tak się wkręciłam w temat, że jeszcze dziś zagniotłam ciasto i ulepiłam resztę. Zamrożone, czekają na odpowiednią okazję. Wieczór skończył się sukcesem, furą brudnych naczyń, podziękowaniami od wszystkich i sporą ilością resztek.
Jutro jedziemy do Monachium. Plan minimum- oglądamy mecz i wracamy ostatnim pociągiem o 00.30. W razie wygranej- bawimy się całą noc!
Wczoraj mieliśmy wolne, w końcu udało się pojechać gdzieś w region. Szokiem było spotkanie na dworcu tabunu mężczyzn w różnym wieku, za to jak jeden mąż przyodzianych w letherhosen. Każda ekipa miała swoje 2-3 skrzynki piwa, zresztą pić zaczynali już w poczekalni. A było przed 10 rano.
Byłyśmy z dziewczynami w Augsburgu, piękne miasto. Położone nad rzeką Lech:), zachwycająca jest tam architektura- nie wiem czy tamtejsza katedra nie jest najpiękniejszą, jaką dotąd widziałam w życiu. A kiedy spaceruje się po tych szerokich alejach obsadzonych kasztanowcami, gdzie każdy jeden dom wygląda jak ambasada lub co najmniej prestiżowa kancelaria, to zaczyna człowiek tęsknić za Poznaniem. Bo nic już na to nie poradzę, różowe kasztany to przede wszystkim skrzyżowanie Głogowska/Hetmańska i codziennie pokonywana trasa. Nawet 2 razy dziennie codziennie.
Najciekawsza część miasta to Fuggerei (http://pl.wikipedia.org/wiki/Fuggerei), osiedle socjalne założone w XVI wieku i wciąż spełniające pierwotną funkcję. Żeby zamieszkać w jednym z 60 domków należy być urodzonym w Augsburgu katolikiem, w możliwie trudnej sytuacji materialnej. Miesięczny czynsz wynosi 0,88 euro. Założyciel umyślił sobie, że każdy z mieszkańców będzie zobowiązany modlić się w intencji jego i jego rodziny 3 razy dziennie. Na terenie osiedla znajdował się więc naturalnie kościół, do dziś raz dziennie odbywa się tam msza święta. W Fuggerei mieszkał swego czasu min. pradziadek Mozarta Wolfganga Amadeusza. Teraz w jego domu jest muzeum, można również zobaczyć współczesne mieszkanie, wypić piwko (ceny nie są proporcjonalne do czynszu w mieszkaniach) Nikt nie był w stanie odpowiedzieć mi na pytanie czy mają tam internet. Unikatowa koncepcja i bardzo malownicze miejsce. Trzeba!
Powrót do domu i szybka regeneracja sił, zbierało się na kolację. Ok. 30 osób, przynajmniej z 8-10 różnych dań, alkohol- od podłego wina z plastikowych butelek do delikatesów w postaci Żołądkowej Gorzkiej z Miętą, Żubrówki de Lux oraz węgierskiej Palinki, tym razem z lekkim gruszkowym posmakiem. Wschód ze smakiem oblizuje usta, Zachód kaszle, prycha i krzyczy, że "parzy". A Daleki Wschód to już w ogóle, końcówkę języka zamoczywszy, dezerteruje. Wypicie czegoś dla zdrowotności i lepszego trawienia było wskazane, bo ilość jedzenia była zabójcza. Meksykańska i fińska zapiekanka- każda inna, obie smaczne. Indyjski ryż i bardzo pikantny kurczak, tajska zupa z kurczaka, dwa rodzaje gulaszu- rumuński i węgierski. Nasze pierogi, nasze, ale ruskie. Ja tak się wkręciłam w temat, że jeszcze dziś zagniotłam ciasto i ulepiłam resztę. Zamrożone, czekają na odpowiednią okazję. Wieczór skończył się sukcesem, furą brudnych naczyń, podziękowaniami od wszystkich i sporą ilością resztek.
Jutro jedziemy do Monachium. Plan minimum- oglądamy mecz i wracamy ostatnim pociągiem o 00.30. W razie wygranej- bawimy się całą noc!
wtorek, 15 maja 2012
Tylko zimno i pada
tylko zimno i pada na ten kraj w środku Europy, gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to polski złoty.
Skiepściła się pogoda w Ingolstacie, oby w czwartek przynajmniej nie padało, a w sobotę wróciło ciepełko. Chociaż i tak będzie gorąco, ale żeby zimne piwo nie przyprawiło nikogo o anginę!
Poszła plotka, że za oddawanie krwi płacą tu 50 euro w gotówce. Pytanie- czy tylko za teutońską krew? Czy trzeba mieć blond włosy? Czy jeśli wywiodę bamberskie pochodzenie z 6 pokoleń w tył, to styknie? Pewne jest jedno, krwiodawstwo nie ma tu nic wspólnego z honorem. Bardziej z ojczyzną.
Dziś okazało się, że obornik po deszczu w Niemczech, pachnie tak samo jak obornik po deszczu w Polsce.
Profesor G. przyprowadziła na zajęcia swoją córkę, bo młoda choruje i nie poszła do szkoły. Przypomniało mi się kolokwium z makroekonomii kiedy naprzeciwko mnie zasiał czteroletni Stasiu M. Coś tam sobie kolorował, a ja myślałam jak by tu od niego wydębić kilka kredek żeby przyozdobić model przepływów międzygałęziowych, nie miałam innego pomysłu co z nim zrobić.
Mam super rower. Jest stary i wygląda dość paskudnie, ale idzie jak złoto. Niemiecka kultura jazdy jest bardzo wysoka, nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek w Poznaniu, samochód cofnął się ze ścieżki rowerowej żebym mogła przejechać. No bo nie ma ścieżek, to tak przede wszystkim. W tematach uliczno-chodnikowych, dziś przy nielegalnym przekraczaniu jezdni nieomal wpadłam na kolegę z grupy, taki tam zabójczo (:) przystojny Niemiec. Wydobył z trzewi przeciągłe i głębokie "heyyy", rzucił spojrzenie spode łba i dodał wspaniały uśmiech półgębkiem. Ale, nerwy na wodzy. Zamknij oczy (przy przechodzeniu przez ulicę), odetchnij, zanuć "Pałacyk Michla". Poszło. Uszłam też z życiem. Śmiesznie.
Upiekłam ciastka wczoraj. Ugotowałam też zupę pomidorową, dość biedną, ale smaczną. Bez wkładki mięsnej. W czwartek zapowiada się "międzynarodowa kolacja" i planujemy podbić serca gości pierogami. Ruskimi. I znów będę myśleć o Magdzie i naszym corocznym pierogowaniu. "Ładną mamy choinkę, Agata?"
Skiepściła się pogoda w Ingolstacie, oby w czwartek przynajmniej nie padało, a w sobotę wróciło ciepełko. Chociaż i tak będzie gorąco, ale żeby zimne piwo nie przyprawiło nikogo o anginę!
Poszła plotka, że za oddawanie krwi płacą tu 50 euro w gotówce. Pytanie- czy tylko za teutońską krew? Czy trzeba mieć blond włosy? Czy jeśli wywiodę bamberskie pochodzenie z 6 pokoleń w tył, to styknie? Pewne jest jedno, krwiodawstwo nie ma tu nic wspólnego z honorem. Bardziej z ojczyzną.
Dziś okazało się, że obornik po deszczu w Niemczech, pachnie tak samo jak obornik po deszczu w Polsce.
Profesor G. przyprowadziła na zajęcia swoją córkę, bo młoda choruje i nie poszła do szkoły. Przypomniało mi się kolokwium z makroekonomii kiedy naprzeciwko mnie zasiał czteroletni Stasiu M. Coś tam sobie kolorował, a ja myślałam jak by tu od niego wydębić kilka kredek żeby przyozdobić model przepływów międzygałęziowych, nie miałam innego pomysłu co z nim zrobić.
Mam super rower. Jest stary i wygląda dość paskudnie, ale idzie jak złoto. Niemiecka kultura jazdy jest bardzo wysoka, nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek w Poznaniu, samochód cofnął się ze ścieżki rowerowej żebym mogła przejechać. No bo nie ma ścieżek, to tak przede wszystkim. W tematach uliczno-chodnikowych, dziś przy nielegalnym przekraczaniu jezdni nieomal wpadłam na kolegę z grupy, taki tam zabójczo (:) przystojny Niemiec. Wydobył z trzewi przeciągłe i głębokie "heyyy", rzucił spojrzenie spode łba i dodał wspaniały uśmiech półgębkiem. Ale, nerwy na wodzy. Zamknij oczy (przy przechodzeniu przez ulicę), odetchnij, zanuć "Pałacyk Michla". Poszło. Uszłam też z życiem. Śmiesznie.
Upiekłam ciastka wczoraj. Ugotowałam też zupę pomidorową, dość biedną, ale smaczną. Bez wkładki mięsnej. W czwartek zapowiada się "międzynarodowa kolacja" i planujemy podbić serca gości pierogami. Ruskimi. I znów będę myśleć o Magdzie i naszym corocznym pierogowaniu. "Ładną mamy choinkę, Agata?"
poniedziałek, 14 maja 2012
Bez tytułu
Bez tytułu, bo nie mam weny. Garść pytań bez odpowiedzi. Myśli nieuczesane i luzem rzucone.
Nic nie dzieje się bez przyczyny, a już na pewno nie w Niemczech. Jeśli na starym błotniku starego roweru, który właśnie nabyłaś, jest przyklejona taśma klejąca, to nie ze względów estetycznych. Widocznie miała zapobiegać miarowemu uderzaniu błotnika o bagażnik- co w zwielokrotnionej ilości daje efekt "telepotania". Poza tym moja złoto-czerwona strzała spisuje się bez zarzutu.
Mrożona marchew musi być rozmrożona, następnie można ją przyrządzić na półchrupko z dodatkiem czosnku. Doskonałe źródło witamin.
Jak Polacy robią imprezę to...nie ma wuja we wsi. Grill zaczął się o 17, skończył o północy. Spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Kolejny międzynarodowy sukces naszej dyplomacji. Przy jednym stole Polska, Niemcy, polska Mniejszość Niemiecka i niemiecka Mniejszość Polska (w osobie mojej Jessi:), Francja, Turcja, Rumunia, Irlandia, Rosja, Chiny, Finlandia.
Byłyśmy wczoraj z Magdą na koncercie, sami starzy ludzie, ale muzyka i miejsce przepiękne.
Cały świat obchodzi Dzień Matki 13 maja. Dlaczego u nas jest 26?
Ochłodziło się, ale świeci słońce. Plan na ten tydzień: czwartek- Bamberg, piątek- Eichstätt, sobota- Monachium i finał Ligi Mistrzów. Niedziela- "oezu ale mi się nie chce uczyć na egzamin".
Wspominałam już, że kocham profesora Habisch'a. Nie wiedziałam dlaczego mam dla niego aż tyle sympatii, aż nagle uświadomiłam sobie, że to z powodu Imienia. André. Z tym nie wygrasz. http://www.youtube.com/watch?v=GjjlnDbPhE8
No nic, idę się ubrać.
Nic nie dzieje się bez przyczyny, a już na pewno nie w Niemczech. Jeśli na starym błotniku starego roweru, który właśnie nabyłaś, jest przyklejona taśma klejąca, to nie ze względów estetycznych. Widocznie miała zapobiegać miarowemu uderzaniu błotnika o bagażnik- co w zwielokrotnionej ilości daje efekt "telepotania". Poza tym moja złoto-czerwona strzała spisuje się bez zarzutu.
Mrożona marchew musi być rozmrożona, następnie można ją przyrządzić na półchrupko z dodatkiem czosnku. Doskonałe źródło witamin.
Jak Polacy robią imprezę to...nie ma wuja we wsi. Grill zaczął się o 17, skończył o północy. Spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Kolejny międzynarodowy sukces naszej dyplomacji. Przy jednym stole Polska, Niemcy, polska Mniejszość Niemiecka i niemiecka Mniejszość Polska (w osobie mojej Jessi:), Francja, Turcja, Rumunia, Irlandia, Rosja, Chiny, Finlandia.
Byłyśmy wczoraj z Magdą na koncercie, sami starzy ludzie, ale muzyka i miejsce przepiękne.
Cały świat obchodzi Dzień Matki 13 maja. Dlaczego u nas jest 26?
Ochłodziło się, ale świeci słońce. Plan na ten tydzień: czwartek- Bamberg, piątek- Eichstätt, sobota- Monachium i finał Ligi Mistrzów. Niedziela- "oezu ale mi się nie chce uczyć na egzamin".
Wspominałam już, że kocham profesora Habisch'a. Nie wiedziałam dlaczego mam dla niego aż tyle sympatii, aż nagle uświadomiłam sobie, że to z powodu Imienia. André. Z tym nie wygrasz. http://www.youtube.com/watch?v=GjjlnDbPhE8
No nic, idę się ubrać.
sobota, 12 maja 2012
Oczywista oczywistość
"Ale po co jechać do Niemiec?"
W Niemczech jest nudno, nie trzeba tam jechać, wszystko z góry wiadomo.
- Na ulicach roi się od policjantów, wszyscy bezwzględnie przestrzegają przepisów i tak dalej. Nuda.
- Nie wolno pić w miejscach publicznych, a za śmiecenie obcinają ręce. Powyżej łokcia.
- Niemki są brzydkie, Niemcy są ryżawi albo czerwoni na twarzy.
- Na Erasmusie nic się nie robi tylko imprezuje.
- Niemcy nie lubią obcych.
- Na Erasmusie trzeba cykać sobie miliony fotek, mieć całe mnóstwo zakręconych znajomych i nawiązywać szeroko pojęte "stosunki międzynarodowe". Bilateralne i multilateralne.
- W Niemczech nie ma nic ciekawego do zobaczenia.
Pierwszego policjanta zobaczyłam chyba po tygodniu. Minęłam po drodze do Norymbergi koszary, ale wojska na ulicach nie ma. Codziennie idąc na uczelnię przechodzę nielegalnie przez trawnik i przez jezdnię poza przejściem dla pieszych. Wszyscy tak tu robią. W parku można siedzieć na trawniku, grać w piłkę, pić wino. Na uczelni kupisz piwo bez problemu. Piwo piją od rana do nocy, poza najmłodszymi dziećmi, wszyscy. Generalnie jest czysto. Wkurzające są pety między płytami chodnikowymi, dużo ludzi tu pali. Śmieci sprzątają rano służby miejskie, ale zasadniczo społeczeństwo wie, że plastikowa butelka to też pieniądz, więc recyklingują na potęgę. Na uczelni, w automacie z napojami są szklane butelki.
Młode Niemki wcale nie są jakoś odrażająco brzydkie. Norma, ale trzeba przyznać, że najładniejsze są "mieszanki"- pół-Hiszpanki, pół-Polki itd. Poza tym są miłe i otwarte, na uczelni nie ma problemu z podziałem "obcy" i "nasi", w grupach projektowych często jesteśmy wymieszani, dobrze to wszystkim robi.
Niemcy...o losie. Wszystko jest. Orli profil, stalowe spojrzenie, atletyczna sylwetka. Włosy idealnie przystrzyżone lub stylowo ułożone. Od małego grają w piłkę, więc sportowy duch jak najbardziej, poza tym sporo z nich biega lub jeździ na rowerze. Po studiach tata kupi audi, a potem sam sobie kupi lepsze audi. I nie można powiedzieć, żeby im to ujmowało uroku. Miałam ich za gburów, ale ostatnio się poprawiło i zaczęli mi nawet drzwi otwierać. Konkluzja jest taka- gdy zbyt miękną kolana lub chciałoby się popatrzeć jednemu z drugim trochę głębiej w oczy, należy bezzwłocznie zwizualizować sobie ich w mundurze (http://mlodelata.pl/img/articles/img/kloss-brunner2.jpg) a w myślach zanucić coś z repertuaru patriotycznego. Zakazane piosenki na przykład.
Erasmusowy tryb życia zależy od osoby. Mam też całe 6 przedmiotów i nie narzekam na brak pracy naukowej, czasem trzeba nawet nockę zarwać. Nie przesadzam za to z imprezami/fotkami/znajomościami. W granicach rozsądku. Moglibyśmy więcej jeździć i zwiedzać, bo tu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów są cudne miasta i jeszcze piękniejsza dzika natura. Mam nadzieję, że na moim nowym(!), starym(!!) rowerze za 40 euro (!!!) pozwiedzam bliższe okolice mojego małego zielonego Ingolstadtu.
Serwus!
W Niemczech jest nudno, nie trzeba tam jechać, wszystko z góry wiadomo.
- Na ulicach roi się od policjantów, wszyscy bezwzględnie przestrzegają przepisów i tak dalej. Nuda.
- Nie wolno pić w miejscach publicznych, a za śmiecenie obcinają ręce. Powyżej łokcia.
- Niemki są brzydkie, Niemcy są ryżawi albo czerwoni na twarzy.
- Na Erasmusie nic się nie robi tylko imprezuje.
- Niemcy nie lubią obcych.
- Na Erasmusie trzeba cykać sobie miliony fotek, mieć całe mnóstwo zakręconych znajomych i nawiązywać szeroko pojęte "stosunki międzynarodowe". Bilateralne i multilateralne.
- W Niemczech nie ma nic ciekawego do zobaczenia.
Pierwszego policjanta zobaczyłam chyba po tygodniu. Minęłam po drodze do Norymbergi koszary, ale wojska na ulicach nie ma. Codziennie idąc na uczelnię przechodzę nielegalnie przez trawnik i przez jezdnię poza przejściem dla pieszych. Wszyscy tak tu robią. W parku można siedzieć na trawniku, grać w piłkę, pić wino. Na uczelni kupisz piwo bez problemu. Piwo piją od rana do nocy, poza najmłodszymi dziećmi, wszyscy. Generalnie jest czysto. Wkurzające są pety między płytami chodnikowymi, dużo ludzi tu pali. Śmieci sprzątają rano służby miejskie, ale zasadniczo społeczeństwo wie, że plastikowa butelka to też pieniądz, więc recyklingują na potęgę. Na uczelni, w automacie z napojami są szklane butelki.
Młode Niemki wcale nie są jakoś odrażająco brzydkie. Norma, ale trzeba przyznać, że najładniejsze są "mieszanki"- pół-Hiszpanki, pół-Polki itd. Poza tym są miłe i otwarte, na uczelni nie ma problemu z podziałem "obcy" i "nasi", w grupach projektowych często jesteśmy wymieszani, dobrze to wszystkim robi.
Niemcy...o losie. Wszystko jest. Orli profil, stalowe spojrzenie, atletyczna sylwetka. Włosy idealnie przystrzyżone lub stylowo ułożone. Od małego grają w piłkę, więc sportowy duch jak najbardziej, poza tym sporo z nich biega lub jeździ na rowerze. Po studiach tata kupi audi, a potem sam sobie kupi lepsze audi. I nie można powiedzieć, żeby im to ujmowało uroku. Miałam ich za gburów, ale ostatnio się poprawiło i zaczęli mi nawet drzwi otwierać. Konkluzja jest taka- gdy zbyt miękną kolana lub chciałoby się popatrzeć jednemu z drugim trochę głębiej w oczy, należy bezzwłocznie zwizualizować sobie ich w mundurze (http://mlodelata.pl/img/articles/img/kloss-brunner2.jpg) a w myślach zanucić coś z repertuaru patriotycznego. Zakazane piosenki na przykład.
Erasmusowy tryb życia zależy od osoby. Mam też całe 6 przedmiotów i nie narzekam na brak pracy naukowej, czasem trzeba nawet nockę zarwać. Nie przesadzam za to z imprezami/fotkami/znajomościami. W granicach rozsądku. Moglibyśmy więcej jeździć i zwiedzać, bo tu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów są cudne miasta i jeszcze piękniejsza dzika natura. Mam nadzieję, że na moim nowym(!), starym(!!) rowerze za 40 euro (!!!) pozwiedzam bliższe okolice mojego małego zielonego Ingolstadtu.
Serwus!
wtorek, 8 maja 2012
KKK cz.2 Küche
"Petroniusz obudził się zaledwie koło południa i jak zwykle, zmęczony bardzo", pomyślałam otwierając oczy około 9. Potem przyszła myśl, że strasznie mi się nie chce iść biegać, a wieczorem nie dam rady...Ale w ramach działalności ruchowej odkurzyłam i umyłam podłogę w pokoju. Czysto i pachnąco, chce się żyć!
Kuchnia. Nasze ulubione miejsce w domu. Jest duży stół, w końcu nie ma muszek-owocówek, są wszyscy, a czasem nawet więcej. Koledzy Latynosi czują się u nas zupełnie jak u siebie, powinniśmy ich wciągnąć na listę dyżurów sprzątania. W tym temacie- nie jest aż tak źle. Raz w tygodniu przychodzi pani, ogarnia głównie łazienki i wspólne podłogi, ale dziś np. wyczyściła lodówkę i zamrażarkę. Bo był mały wypadek z zamrażarką. Jeden chico latino włożył piwo w szklanej butelce do zamrażarki. Chyba nie był na tej lekcji.Posprzątać piwne lody i szkło musieliśmy my. Poza tym, zmywa zmywarka, każdy mniej więcej sprząta po sobie i nie ma tragedii. Ale mogłoby być czyściej, mniej "klunkrów" na wierzchu.
Wyposażenie. Wspominałam kiedyś chyba, że mamy tysiąc i jedną patelnię. Jest też maszynka do gotowania ryżu, w końcu muszę ją wypróbować. Robot kuchenny jest beznadziejny, toster działa bez zarzutu, noże są tępe. Nie ma tarki. Czajnik to jest jakaś totalna masakra, czyściłam go już dwa razy, ale kamień przyrasta w zastraszającym tempie. Czy to wina czajnika czy wody? Czy w takim razie picie tej kranówki to nie jest dobry pomysł?
Gotowanie. Rozkręciłam się trochę, nie było wyboru. Ale nie umywam się to osiągnięć kulinarnych Taja i Hinduski. Co oni tu nie wyczyniają...Czasem w ramach "Słyszałam, że lubisz pikantne jedzenie" częstują mnie tym i owym. Oczekują jednak, że polecą mi łzy albo wypiję litr wody duszkiem, ale nie wiedzą z kim tańczą... Mięso jem nawet 3 razy w tygodniu, rozpoczęcie sezonu grillowego temu sprzyja. A propos- Weisswurst nie robi szału. Poza tym jabłka, papryka w dużych ilościach, sałata jeśli trafi się w dobrej cenie. Słyszałam, że w Edece są szparagi w promocji, może by tak zupę krem zrobić? Ziemniaków nie jadłam ani razu (to tak jakby ktoś zarzucał nam poznańską pyrowatość). Chleb dobry, ciemny, zdobyczny. Płatki owsiane, jajka z wolnego wybiegu. Naczelna zasada- nie trzymać jedzenia w pokoju, nie będzie kusiło:)
Pora wstać od biurka i pójść na uczelnię. Dziś 8 maja. "Dlaczego w Niemczech nie mają wolnego?"- zapytał któryś z bystrych Francuzów.
Mają za to wolne we Wniebowstąpienie.
Kuchnia. Nasze ulubione miejsce w domu. Jest duży stół, w końcu nie ma muszek-owocówek, są wszyscy, a czasem nawet więcej. Koledzy Latynosi czują się u nas zupełnie jak u siebie, powinniśmy ich wciągnąć na listę dyżurów sprzątania. W tym temacie- nie jest aż tak źle. Raz w tygodniu przychodzi pani, ogarnia głównie łazienki i wspólne podłogi, ale dziś np. wyczyściła lodówkę i zamrażarkę. Bo był mały wypadek z zamrażarką. Jeden chico latino włożył piwo w szklanej butelce do zamrażarki. Chyba nie był na tej lekcji.Posprzątać piwne lody i szkło musieliśmy my. Poza tym, zmywa zmywarka, każdy mniej więcej sprząta po sobie i nie ma tragedii. Ale mogłoby być czyściej, mniej "klunkrów" na wierzchu.
Wyposażenie. Wspominałam kiedyś chyba, że mamy tysiąc i jedną patelnię. Jest też maszynka do gotowania ryżu, w końcu muszę ją wypróbować. Robot kuchenny jest beznadziejny, toster działa bez zarzutu, noże są tępe. Nie ma tarki. Czajnik to jest jakaś totalna masakra, czyściłam go już dwa razy, ale kamień przyrasta w zastraszającym tempie. Czy to wina czajnika czy wody? Czy w takim razie picie tej kranówki to nie jest dobry pomysł?
Gotowanie. Rozkręciłam się trochę, nie było wyboru. Ale nie umywam się to osiągnięć kulinarnych Taja i Hinduski. Co oni tu nie wyczyniają...Czasem w ramach "Słyszałam, że lubisz pikantne jedzenie" częstują mnie tym i owym. Oczekują jednak, że polecą mi łzy albo wypiję litr wody duszkiem, ale nie wiedzą z kim tańczą... Mięso jem nawet 3 razy w tygodniu, rozpoczęcie sezonu grillowego temu sprzyja. A propos- Weisswurst nie robi szału. Poza tym jabłka, papryka w dużych ilościach, sałata jeśli trafi się w dobrej cenie. Słyszałam, że w Edece są szparagi w promocji, może by tak zupę krem zrobić? Ziemniaków nie jadłam ani razu (to tak jakby ktoś zarzucał nam poznańską pyrowatość). Chleb dobry, ciemny, zdobyczny. Płatki owsiane, jajka z wolnego wybiegu. Naczelna zasada- nie trzymać jedzenia w pokoju, nie będzie kusiło:)
Pora wstać od biurka i pójść na uczelnię. Dziś 8 maja. "Dlaczego w Niemczech nie mają wolnego?"- zapytał któryś z bystrych Francuzów.
Mają za to wolne we Wniebowstąpienie.
niedziela, 6 maja 2012
Niedzielny leń
Hallo!
Pierwsze wyniki II tury niepokojące, ale może dobrze im tak...Niech żywi nie tracą nadziei, może terytoria zamorskie głosowały na "Silną Francję".
Notka w piątek nie powstała, bo powstała praca na zaliczenie z Change Management, a potem wpadli koledzy hiszpańskojęzyczni. "Zaraz" mieli wychodzić, zostali prawie do 2 nad ranem. A ja z nimi, bo nawet mimo drzwi zamkniętych słyszałabym ich rozmowy.
A przez weekend byłam w górach z Emilem i Sabine, chłopcami i całą masą innych ludzi. Co z tego, że padało przez większość czasu. Rosenheim prześliczne, przy tym Ingolstadt to metropolia i to nawet całkiem nowoczesna. Bo tu się nie chodzi na co dzień w ludowych strojach. Góry w chmurach, ale i tak cudne. Jest szansa na wyjazd, już typowo turystyczny, w długi weekend. Propozycje mnożą się jak szalone, jeszcze nie wiem co będę robić. Za to najbliższy weekend muszę zaplanować sobie sama, warto byłoby zobaczyć Monachium jeszcze na trzeźwo i bez tłumu kibiców wokół:)
Na uczelni zaczęło robić się intensywnie, case'y indywidualnie i w grupach, na piątek prezentacja dla prof. Habisch'a. Jeden z moich ulubieńców, wybitnie sympatyczny, mądry, wierzący w biznes społecznie odpowiedzialny. Ostatnio współtworzył: http://www.stthomas.edu/cathstudies/cst/conferences/Logic%20of%20Gift%20Semina/Logicofgiftdoc/FinalsoftproofVocati.pdf
czym oczywiście podbił moje serce do reszty.
Dziś pogoda barowa, więc opiłam się po powrocie herbatą z przeceny i powoli szykuję się do odsypiania. Jutro przed 10 muszę odnieść książki do biblioteki, (nie chwaliłam się, udało mi się to załatwić, nawet po niemiecku!), znów noc będzie za krótka. Jutro postaram się napisać o drugim z trzech K.
Pierwsze wyniki II tury niepokojące, ale może dobrze im tak...Niech żywi nie tracą nadziei, może terytoria zamorskie głosowały na "Silną Francję".
Notka w piątek nie powstała, bo powstała praca na zaliczenie z Change Management, a potem wpadli koledzy hiszpańskojęzyczni. "Zaraz" mieli wychodzić, zostali prawie do 2 nad ranem. A ja z nimi, bo nawet mimo drzwi zamkniętych słyszałabym ich rozmowy.
A przez weekend byłam w górach z Emilem i Sabine, chłopcami i całą masą innych ludzi. Co z tego, że padało przez większość czasu. Rosenheim prześliczne, przy tym Ingolstadt to metropolia i to nawet całkiem nowoczesna. Bo tu się nie chodzi na co dzień w ludowych strojach. Góry w chmurach, ale i tak cudne. Jest szansa na wyjazd, już typowo turystyczny, w długi weekend. Propozycje mnożą się jak szalone, jeszcze nie wiem co będę robić. Za to najbliższy weekend muszę zaplanować sobie sama, warto byłoby zobaczyć Monachium jeszcze na trzeźwo i bez tłumu kibiców wokół:)
Na uczelni zaczęło robić się intensywnie, case'y indywidualnie i w grupach, na piątek prezentacja dla prof. Habisch'a. Jeden z moich ulubieńców, wybitnie sympatyczny, mądry, wierzący w biznes społecznie odpowiedzialny. Ostatnio współtworzył: http://www.stthomas.edu/cathstudies/cst/conferences/Logic%20of%20Gift%20Semina/Logicofgiftdoc/FinalsoftproofVocati.pdf
czym oczywiście podbił moje serce do reszty.
Dziś pogoda barowa, więc opiłam się po powrocie herbatą z przeceny i powoli szykuję się do odsypiania. Jutro przed 10 muszę odnieść książki do biblioteki, (nie chwaliłam się, udało mi się to załatwić, nawet po niemiecku!), znów noc będzie za krótka. Jutro postaram się napisać o drugim z trzech K.
czwartek, 3 maja 2012
M jak Mutti
Pozdrawiam świątecznie!
W związku z tym, że mieszkam na terenie polskiej parafii, było dziś wszystko co trzeba, z majowym włącznie. Oprócz tego cały dzień spędziłam w sali wykładowej, ale opłacało się, niesamowity wykład i świadectwo uczciwego życia przy okazji.
Urodzeni 3 maja to min. Ojciec Dyrektor, Włodzimierz Czarzasty a przede wszystkim Beata Andrzejczak, moja własna rodzona Matka.
Złośliwi twierdzili, że nie mam mamy, bo nikt jej nigdy nie widział. Przyznać należy, że od czasu gdy zaczęłam naukę w Poznaniu, mamy nie było w szkole aż tak bardzo widać. Ale aż do czasów gimnazjum, to mama była w trójkach klasowych, udzielała się na wywiadówkach i tak dalej. Jednak ktokolwiek Mamę poznał, zawsze ją polubił (prawda, Magdalena S.?). I chociaż większość rozmów na Jej temat zaczynam od "weź mi ją" lub gorzej, wiadomo jednak, że moja Mama jest najlepsza. Przede wszystkim dlatego, że wytrzymuje z najlepszym na świecie moim Tatą oraz równie wyjątkową resztą rodziny. Idąc dalej, tylko dzięki niej żyję sobie samodzielna, w miarę czysta i dobrze odżywiona- nauczyła mnie wszystkiego. Przekazała mi garść ważnych porad życiowych jak np:
-> Do mięsa mielonego należy dodać kawałek pieczywa namoczonego w mleku lub wodzie, inaczej klopsiki wyjdą twarde;
-> Skarpety powinny być bez dziur, a paznokcie u stóp obcięte, żeby w razie wypadku nie było wstydu;
-> Ocet w domu musi być, ratuje cię w każdej sytuacji;
-> Skromność cnotą dziewczęcia (to akurat pani Dulska, ale też i Mama)
I tak dalej i tak dalej. Moja Mama przeprasza, że jest fajniejsza niż Wasze.
W związku z tym, że mieszkam na terenie polskiej parafii, było dziś wszystko co trzeba, z majowym włącznie. Oprócz tego cały dzień spędziłam w sali wykładowej, ale opłacało się, niesamowity wykład i świadectwo uczciwego życia przy okazji.
Urodzeni 3 maja to min. Ojciec Dyrektor, Włodzimierz Czarzasty a przede wszystkim Beata Andrzejczak, moja własna rodzona Matka.
Złośliwi twierdzili, że nie mam mamy, bo nikt jej nigdy nie widział. Przyznać należy, że od czasu gdy zaczęłam naukę w Poznaniu, mamy nie było w szkole aż tak bardzo widać. Ale aż do czasów gimnazjum, to mama była w trójkach klasowych, udzielała się na wywiadówkach i tak dalej. Jednak ktokolwiek Mamę poznał, zawsze ją polubił (prawda, Magdalena S.?). I chociaż większość rozmów na Jej temat zaczynam od "weź mi ją" lub gorzej, wiadomo jednak, że moja Mama jest najlepsza. Przede wszystkim dlatego, że wytrzymuje z najlepszym na świecie moim Tatą oraz równie wyjątkową resztą rodziny. Idąc dalej, tylko dzięki niej żyję sobie samodzielna, w miarę czysta i dobrze odżywiona- nauczyła mnie wszystkiego. Przekazała mi garść ważnych porad życiowych jak np:
-> Do mięsa mielonego należy dodać kawałek pieczywa namoczonego w mleku lub wodzie, inaczej klopsiki wyjdą twarde;
-> Skarpety powinny być bez dziur, a paznokcie u stóp obcięte, żeby w razie wypadku nie było wstydu;
-> Ocet w domu musi być, ratuje cię w każdej sytuacji;
-> Skromność cnotą dziewczęcia (to akurat pani Dulska, ale też i Mama)
I tak dalej i tak dalej. Moja Mama przeprasza, że jest fajniejsza niż Wasze.
środa, 2 maja 2012
KKK cz.1 Kinder
Przez pierwsze kilka dni myślałam, że Niemcy od razu rodzą się starzy. Dzieci na ulicach nie widziałam prawie wcale, trochę przychodziło z rodzicami do kościoła, ale i tu bez szaleństw. Jednak skoro od kilku dni mamy tu prawdziwie śródziemnomorskie temperatury, wysypało się dziatwy na ulice, skwery i place. O dziwo, nie są mniej niegrzeczne niż bywają polskie dzieci. Muszę jednak przyznać, pierwszy napad sklepowej histerii jaki widziałam w Ingolstadt, odbył się na pewno nie po niemiecku. Turecki, może jeszcze jakiś inny język...
Dzieci jeżdżą na rowerach w kaskach, są wożone w bardzo ładnych wózkach przez mniej ładne mamy, ale o tym kiedy indziej. Spotkałam też kiedyś małego nazistę wymachującego drewnianym karabinem. Na szczęście nie rozumiałam co mówił. Innym razem akurat wiązałam sznurowadła pod koniec przebieżki, kiedy jakiś mały podbiegł i zaczął coś do mnie rozmawiać... wyglądał na tak przejętego, że naprawdę żałowałam, że nie wiem czego chciał.
Ładne są małe muzułmanki, z plecaczkami i w chustach. Urozmaicenie na tle biało-zielonego Heimatu.
Jednakowoż, demografia jest nieubłagana i z pewnością dzieci w Niemczech rodzi się za mało, nawet żeby zapewnić prostą zastępowalność pokoleń.
Tak przy okazji, muszę przyznać, że trochę tęsknię za "swoimi" dziećmi, zwłaszcza za Kazimierzem.
Pozdrawiam, czekajcie na kolejne dwa "K":)
wtorek, 1 maja 2012
Völker, hört die Signale!
Jeśli kiedykolwiek mieliście korespondencyjną koleżankę (chłopcy pisali listy? Raczej nie...?), to wiecie, że w dobrym tonie było rozpoczynać każdy list od "przepraszam, że tak długo nie pisałam". Teraz sobie myślę, co zabierało nam czas w wieku tych 9-13 lat, przecież nawet nie było wtedy internetu. Czyżby jednak dzieciństwo sielskie-anielskie, z bieganiem samopas po lubońskiej ulicy było aż tak bardzo absorbujące?
Wiem za to co się ostatnio działo, że na blogu się nie działo. Weekend w Norymberdze, właśnie taki, że "się nie dzieje". Było pięknie, był ogień, ludzie i miasto rewelacyjni. Potem był poniedziałek, a w poniedziałek zawsze jest coś do zrobienia. Zakupy na taki przykład, bądź obiad. A jeszcze jeśli wieczorem wpadają Polacy (heh, "Bohu, nie przysyłaj mi tu Polacy":) to wiadomo, że na nic więcej czasu nie będzie. Jedliśmy, piliśmy, kto miał ten palił, a potem była Jenga. Następnie panowie zarządzili granie w pokera.
Zamiast Chińczyka, który dostał staż 200 km stąd, mieszka z nami nowy Hindus. Na uczelni też ich się trochę kręci. Wiecie jak oni mówią po angielsku. http://www.youtube.com/watch?v=e641aQp8zGI
Śmiesznie jest z nimi, każda rozmowa to wyzwanie.
Pora ponarzekać, bo jak wczoraj ustaliliśmy przy kolacji, to nasza narodowa specjalność. Próbowałam poprasować, szło z trudem, gdyż żelazko ma wielką dziurę z boku i leje się z niego woda. Poza tym, robot kuchenny nie nadaje się do niczego, a w domu nie ma tarki. To już jest skandal, tarka musi być. Dopisać do listy, zaraz pod "cokolwiek czym można przesłonić syf na balkonie, żeby w końcu dało się tam posiedzieć, a nie oglądać kubły na śmieci". Zakupy ostatnio wypadły wspaniale, nabyłam słownik angielsko-niemiecki za 5 euro oraz w ramach inwestycji na przyszłość "Jezusa z Nazaretu" autorstwa BXVI za całe 4 euro. Nie mogłam się powstrzymać, a może to była reakcja alergiczna na wykład, z którego właśnie wyszłam. Bo chodziło o to, że my jesteśmy racjonalni...:)
Niech się święci Święto Pracy, jak tylko skończę notkę zabieram się za porządek w pokoju, a potem może uda mi się ruszyć case study na piątek albo tłumaczenie... Dziś obchodzi się również święto Matki Boskiej Królowej Bawarii. Muszę spróbować dowiedzieć się czy są tu majowe, bo litania loretańska po niemiecku może przebić wszystko co dotychczas słyszałam. Myślicie, że "Królowa bez zmazy pierworodnej poczęta" to po niemiecku jeden wyraz?
Wiem za to co się ostatnio działo, że na blogu się nie działo. Weekend w Norymberdze, właśnie taki, że "się nie dzieje". Było pięknie, był ogień, ludzie i miasto rewelacyjni. Potem był poniedziałek, a w poniedziałek zawsze jest coś do zrobienia. Zakupy na taki przykład, bądź obiad. A jeszcze jeśli wieczorem wpadają Polacy (heh, "Bohu, nie przysyłaj mi tu Polacy":) to wiadomo, że na nic więcej czasu nie będzie. Jedliśmy, piliśmy, kto miał ten palił, a potem była Jenga. Następnie panowie zarządzili granie w pokera.
Zamiast Chińczyka, który dostał staż 200 km stąd, mieszka z nami nowy Hindus. Na uczelni też ich się trochę kręci. Wiecie jak oni mówią po angielsku. http://www.youtube.com/watch?v=e641aQp8zGI
Śmiesznie jest z nimi, każda rozmowa to wyzwanie.
Pora ponarzekać, bo jak wczoraj ustaliliśmy przy kolacji, to nasza narodowa specjalność. Próbowałam poprasować, szło z trudem, gdyż żelazko ma wielką dziurę z boku i leje się z niego woda. Poza tym, robot kuchenny nie nadaje się do niczego, a w domu nie ma tarki. To już jest skandal, tarka musi być. Dopisać do listy, zaraz pod "cokolwiek czym można przesłonić syf na balkonie, żeby w końcu dało się tam posiedzieć, a nie oglądać kubły na śmieci". Zakupy ostatnio wypadły wspaniale, nabyłam słownik angielsko-niemiecki za 5 euro oraz w ramach inwestycji na przyszłość "Jezusa z Nazaretu" autorstwa BXVI za całe 4 euro. Nie mogłam się powstrzymać, a może to była reakcja alergiczna na wykład, z którego właśnie wyszłam. Bo chodziło o to, że my jesteśmy racjonalni...:)
Niech się święci Święto Pracy, jak tylko skończę notkę zabieram się za porządek w pokoju, a potem może uda mi się ruszyć case study na piątek albo tłumaczenie... Dziś obchodzi się również święto Matki Boskiej Królowej Bawarii. Muszę spróbować dowiedzieć się czy są tu majowe, bo litania loretańska po niemiecku może przebić wszystko co dotychczas słyszałam. Myślicie, że "Królowa bez zmazy pierworodnej poczęta" to po niemiecku jeden wyraz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)