W środę była uczelnia i padało. I próbowałam przemieszczać się rowerem, na tyle szybko, żeby nie zmoknąć. Nie udało się. Poza tym wczoraj planowałam napisać, ale jakoś nie było kiedy. Jednakowoż, skoro własny ojciec się dopytuje dlaczego nie ma nic nowego na blogu (poinformował mnie przy okazji, że Facebook zadebiutował na giełdzie, chyba jednak powinnam zacząć oglądać jakiekolwiek wiadomości po niemiecku), pora się zabrać za pisanie.
Wczoraj mieliśmy wolne, w końcu udało się pojechać gdzieś w region. Szokiem było spotkanie na dworcu tabunu mężczyzn w różnym wieku, za to jak jeden mąż przyodzianych w letherhosen. Każda ekipa miała swoje 2-3 skrzynki piwa, zresztą pić zaczynali już w poczekalni. A było przed 10 rano.
Byłyśmy z dziewczynami w Augsburgu, piękne miasto. Położone nad rzeką Lech:), zachwycająca jest tam architektura- nie wiem czy tamtejsza katedra nie jest najpiękniejszą, jaką dotąd widziałam w życiu. A kiedy spaceruje się po tych szerokich alejach obsadzonych kasztanowcami, gdzie każdy jeden dom wygląda jak ambasada lub co najmniej prestiżowa kancelaria, to zaczyna człowiek tęsknić za Poznaniem. Bo nic już na to nie poradzę, różowe kasztany to przede wszystkim skrzyżowanie Głogowska/Hetmańska i codziennie pokonywana trasa. Nawet 2 razy dziennie codziennie.
Najciekawsza część miasta to Fuggerei (http://pl.wikipedia.org/wiki/Fuggerei), osiedle socjalne założone w XVI wieku i wciąż spełniające pierwotną funkcję. Żeby zamieszkać w jednym z 60 domków należy być urodzonym w Augsburgu katolikiem, w możliwie trudnej sytuacji materialnej. Miesięczny czynsz wynosi 0,88 euro. Założyciel umyślił sobie, że każdy z mieszkańców będzie zobowiązany modlić się w intencji jego i jego rodziny 3 razy dziennie. Na terenie osiedla znajdował się więc naturalnie kościół, do dziś raz dziennie odbywa się tam msza święta. W Fuggerei mieszkał swego czasu min. pradziadek Mozarta Wolfganga Amadeusza. Teraz w jego domu jest muzeum, można również zobaczyć współczesne mieszkanie, wypić piwko (ceny nie są proporcjonalne do czynszu w mieszkaniach) Nikt nie był w stanie odpowiedzieć mi na pytanie czy mają tam internet. Unikatowa koncepcja i bardzo malownicze miejsce. Trzeba!
Powrót do domu i szybka regeneracja sił, zbierało się na kolację. Ok. 30 osób, przynajmniej z 8-10 różnych dań, alkohol- od podłego wina z plastikowych butelek do delikatesów w postaci Żołądkowej Gorzkiej z Miętą, Żubrówki de Lux oraz węgierskiej Palinki, tym razem z lekkim gruszkowym posmakiem. Wschód ze smakiem oblizuje usta, Zachód kaszle, prycha i krzyczy, że "parzy". A Daleki Wschód to już w ogóle, końcówkę języka zamoczywszy, dezerteruje. Wypicie czegoś dla zdrowotności i lepszego trawienia było wskazane, bo ilość jedzenia była zabójcza. Meksykańska i fińska zapiekanka- każda inna, obie smaczne. Indyjski ryż i bardzo pikantny kurczak, tajska zupa z kurczaka, dwa rodzaje gulaszu- rumuński i węgierski. Nasze pierogi, nasze, ale ruskie. Ja tak się wkręciłam w temat, że jeszcze dziś zagniotłam ciasto i ulepiłam resztę. Zamrożone, czekają na odpowiednią okazję. Wieczór skończył się sukcesem, furą brudnych naczyń, podziękowaniami od wszystkich i sporą ilością resztek.
Jutro jedziemy do Monachium. Plan minimum- oglądamy mecz i wracamy ostatnim pociągiem o 00.30. W razie wygranej- bawimy się całą noc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz