Chciałam napisać 17 maja, ale czasu nie wystarczyło. 17 maja 1998 miała miejsce moja pierwsza Komunia Święta i wtedy to właśnie otwarła się przede mną nowa Rzeczywistość (abstrahując od bieżącej dyskusji o rozumieniu Tajemnicy przez dzieci w wieku lat 9). Z samego dnia pamiętam niewiele, ale był przełomowy. Szczęśliwie, tamto doświadczenie może być powtarzane codziennie, w każdym prawie zakątku świata i nie zmienia to Istoty rzeczy. Tak więc i w Niemczech wierzę i praktykuję, jest inaczej, czasem zupełnie odlotowo, mistycznie wprost. Czasem bywa ciemno, zimno, do domu daleko, ale...
"I nie zostało mi nic prócz Boga-
to znaczy
zostało wszystko
jeżeli wierzysz"
Ryszard Kapuściński, "Notes"
Bezpośrednim impulsem do napisania tego wpisu była msza niedzielna, z której właśnie wróciłam. Nie było łatwo wstać (złapaliśmy ostatni pociąg o 00.30, w Ingolstadt byliśmy ok. 3), ale opłaciło się. Poza wszystkim, to była msza z bierzmowaniem, więc był i miejscowy biskup. Ale nic z "przenajwielebniejszy księże biskupie" tych rzeczy. Śpiewali gospel- gospel po niemiecku nie brzmi wcale- dzieci jakieś młodsze, pogodna atmosfera, pełen kościół, a zapełnić Muenster nie jest łatwo. I pod koniec pomyślałam sobie, że jeśli doczekam momentu kiedy "u nas", pod koniec mszy z udziałem Przełożonego, ksiądz proboszcz wykona z towarzyszeniem gitary amerykańską piosenkę gospel, to będzie to bardzo dobry znak potwierdzający "znormalnienie" polskiego Kościoła.
Kościół niemiecki jest bogaty. W Ingolstadt zarabia na prowadzeniu akademików, jezuici wciąż zajmują się tu oświatą oraz mają swoją własną rozlewnię wód. Mało mam możliwości rozmów ze "zwykłymi" katolikami, ale domyślam się jaka może być ich percepcja. A może to tylko w Bawarii sytuacja finansowa jest aż tak dogodna.
Moja uczelnia, jako jedyna w niemieckojęzycznych krajach, ma w nazwie "katolicka". W Ingolstadt tego nie widać, ponoć na kampusie w Eichttaet bardziej, kiedyś w końcu będę musiała tam pojechać, ponoć samo miasto jest urocze. Co jest i działa bardzo dobrze również w Ingolstadt to Katholische Hochschulgemeinde, najprościej tłumacząc, katolickie stowarzyszenie studentów. Wbrew-również moim- obawom, nie jest bardzo "katolicko" to znaczy- są również spotkania ekumeniczne, nikt nikogo o akt chrztu nie prosi, nie ma zakochanych w księdzu dziewuszek w spódnicach za kolano. Zazwyczaj przeważają panowie. Za pierwszym razem to był szok, teraz już się przyzwyczaiłam. Wszyscy są sympatyczni i bardzo się cieszę na przyszłotygodniowy wyjazd w góry. Może być tylko lepiej!
A poza wszystkim jest Wspólnota. O tych ludziach może kiedy indziej, bo każde nasze spotkanie to taka radość!
Kościół jest częścią mojej rzeczywistości, tak jak ja jestem częścią Kościoła.
Serdeczności!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz