Kiedy tylko skończyły się karne w meczu Real-Bayern było jasne- na finał jedziemy do Monachium. Skrzyknęliśmy ekipę, żeby najtaniej możliwie pojechać pociągiem (Bayern Ticket opłaca się dla 5 osób, wtedy można na nim podróżować całą dobę prawie a wychodzi po 6 euro na głowę) i zaopatrzeni we wszystko co niezbędne, ruszyliśmy w sobotę ok. 15. Podróż "tam" minęła komfortowo i swobodnie, dopiero na dworcu okazało się co nas czeka. Nieprzebrane tłumu ludzi, większość już lekko "wcięta", pomalowani, poubierani, w nastrojach bojowych. Mieliśmy nadzieję na jakiekolwiek miejsce gdzie oprócz atmosfery byłby także ekran z transmisją. Szybko okazało się, że nie wszyscy w grupie mieli takie preferencje, więc z początkowej dwudziestki została nas ósemka. Po dość długich poszukiwaniach, zagadywaniu do Niemców i niemieckiej Polizei, traciliśmy nadzieję-nawet do pubów trzeba było mieć bilet. Transmisji publiczne, na wolnym powietrzu nie było nigdzie w ścisłym centrum miasta. Zapowiadało się nieciekawie, czas uciekał i zostało tylko 3 godziny do rozpoczęcia meczu. W końcu udało się, były dla nas miejsca w irlandzkim pubie- ale i tu przeważali kibice Bayernu. Zanim zaczął się Mecz, był Heineken Cup w rugby. To jest sport!:)
Kto widział mecz, ten wie. Emocje były, była też przewaga Bayernu przez większość czasu. Ale sport jest jaki jest, takie jest też życie, niewykorzystane sytuacje się mszczą. Na karnych wszyscy wstali z miejsc, już byli w ogródku, już witali się z gąską...
- Czy wiesz jak włożyć korek od szampana z powrotem do butelki?
- Nie, ale zapytaj kibiców Bayernu.
Potem zapadła cisza. Z któregoś rogu sali odezwali się kibice Chelsea. Jakiś pan- nie wyglądał na Niemca- poszedł i mnie przytulił. Urocze.
Zbieraliśmy się więc do powrotu. Nie bez satysfakcji patrzyliśmy z Łukaszem na przybitych i rozbitych Niemców. Miasto tonęło w śmieciach, ale było spokojnie- pełna policyjna obstawa. Oczywiście, Anglicy jak zwykle pokazali klasę... Mówiłam już, że bardzo się cieszę, że mnie ominie Euro 2012? Właśnie min. z powodu głośnych, chamskich kibiców.
Ostatni pociąg do Ingolstadt mieliśmy o 00.30. Napakowany ludźmi jak pestka w godzinach szczytu. Między innymi z powodu tłoku powstało niebezpieczeństwo konfliktu międzynarodowego. Jechali oczywiście Niemcy, ale też głośna grupa Francuzów. Jak ci się nadzierali, to się nie dzieje. Niemcy na nich po swojemu- zero reakcji. Próbowali po angielsku, ale pijani Francuzi są jeszcze mniej chętni do komunikowania się w tym języku niż zwykle. Także najpierw zaryczeli Marsyliankę a potem przyśpiewki stadionowe przez całą godzinę. A myśmy z Łukaszem, Olgą i Maxem rozmawiali mieszanką polskiego i rosyjskiego, nas nikt się nie czepiał bo każdy się "Rusków" boi.
Tak upłynął dzień, wieczór i poranek tamtego dnia. A rano słońce wstało jak gdyby nigdy nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz