Wraża propaganda głosi, jakobym nie znosiła chodzenia po górach. Dementuję. Co prawda, nie mam tego we krwi, nie robię tego często ani pewnie z właściwym namaszczeniem, ale doceniam góry jako formę ukształtowania terenu. Ja po prostu jestem jak żaba z dowcipu i "się nie rozerwę", albo na Mazury albo w góry, nie mam helikoptera, a PKP działa jak działa. Jak już się okazało, że dojedzie odpowiednie obuwie, wyraziłam entuzjastycznie chęć wyjazdu z KHG. Słowo stało się ciałem i w niedzielę o 7 rano, po dość pośpiesznym poranku, stawiłam się na miejsce zbiórki.
Pojechaliśmy, kierunek Monachium a potem trochę w bok. Zawsze mi głupio jak muszę poprawiać mężczyzn, zwłaszcza w czynnościach tak skrajnie "niekobiecych" jak czytanie mapy. No więc siedziałam cicho. Przez GPS pobłądziliśmy, ale w ostateczności wszyscy zajechali na miejsce. http://www.lyra-alm.de/images/spitzingsee.jpg Około dziesiątej ruszyliśmy. Szło się niezgorzej, plecaki tylko dwudniowe, systematycznie opróżniane z prowiantu. Mi powoli ustępował alergiczny katar, przychodziło za to coraz więcej nowych niemieckich zwrotów, musiałam się przemóc i zacząć mówić. Po około dwóch godzinach byliśmy u celu, schronisko: http://www.rotwandhaus.de/.
Dla dodatkowej informacji, grupa liczyła 12 osób, 3 dziewczyny, reszta panów. Prowodyrem zamieszania i przewodnikiem stada był Peter. Peter jest super.
Jeszcze w niedzielę wybraliśmy się w dalszą drogę. Myślałam, że mam przewidzenia gdy wchodząc na górę zauważyłam lamę. Potem drugą, trzecią i czwartą. http://www.youtube.com/watch?v=zRozKfYGFVc&feature=fvwrel Okazało się, że ktoś hoduje sobie lamy w tych okolicach i czasem trzeba je zabrać na spacer. Jak mi nic w życiu nie wyjdzie, pojadę paść lamy. Niekoniecznie trzeba jechać aż w Andy.
Bardzo dobrze było, niespodziewanie stworzyła się grupa. Mogłam nawet podzielić się moją małą paranoją...Otóż, za każdym razem gdy w Niemczech słyszę przelatujący samolot ( a jako osoba zamieszkująca korytarz powietrzny F-16 z Krzesin, jestem na tym punkcie wrażliwa), mam dziwne uczucie. Śmiali się ale zrozumieli. Super się bawiłam. Nie jest mi oczywiście łatwo z tym, że dla mojego dobra mówi się do mnie głównie szybko i po bardzo bardzo niemiecku. Rozumiem wciąż pewnie połowę z tego co powinnam, jednakże chyba nie ma innego wyjścia... Dziś za to Simon powiedział, że jestem mocniejsza w niemieckim niż mi się wydaje. Kolejny komplement, chyba nadmę się jak balon i odlecę.
Wróciłam w poniedziałek późnym popołudniem. Bardzo chcę wrócić jeszcze w Alpy Bawarskie. Są urzekające. A świstaki? Nie da się tego z niczym porównać. Pewne jest jedno- góry da się lubić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz