Był taki dowcip, ponoć ulubiony dowcip Dziadka.
Po budowie biega facet z pustą taczką. Ktoś go pyta: "Panie, co pan tak biega z tą pustą taczką?"
A on na to: "Panie, tu mamy taki zapieprz, że nie ma kiedy załadować".
Dokładnie jakoś tak się teraz czuję. Bo chociaż nie mam sesji w klasycznym wymiarze, to najbliższe dni zapowiadają się dość intensywnie. Dopinamy projekty (a jeszcze mi się nie zdarzyło pracować nad czymś aż tak długo i drobiazgowo...eh te Niemki), w przyszłym tygodniu dwa egzaminy, a w weekend urodziny Julie i dwa mecze. Z czego ważniejszy jest ten o 14 w Warszawie. Będę z chłopcami całym sercem. Go go go Devils Wrocław:)
Dodatkowo, są akurat "te dni w miesiącu", kiedy mamy dyżur sprzątania. Mamy z Danielem, ale z niego jest taki nygus nieziemski, że zawsze się wymiguje. Spróbuję tym razem podejść go sposobem. Jak z dzieckiem.
Byłyśmy w weekend w Norymberdze. Przepiękne miasto. Nawet w niektórych zakątkach zupełnie nieniemieckie. Tym bardziej, że na ulicy można było usłyszeć każdy inny,poza niemieckim, język. Dużo Rosjan. Podejrzanie i niebezpiecznie dużo.
Na tęsknotę za Poznaniem pomogło poniedziałkowe wyjście na koncert. Gdyby tak zamknąć oczy, mogło się nawet wydawać, że to Pod Pretekstem, a nie Burgerhaus w Ingolstadt. Panowie super grali, próchno na widowni nawet się pod koniec rozhulało. I zaczęli klaskać do rytmu. Kultura muzyczna w Niemczech stoi na naprawdę wysokim poziomie, ze spontanicznością jest gorzej.
Zostało jeszcze parę tygodni a już powoli przypomina nam się o zakończeniu semestru, jakieś papierzyska czekają na podpisy, potwierdzenia, pieczątki.
Za oknem gorąco, końcówka czerwca przecież. 28, 29...te ważne daty czerwcowe...Dla Poznania i dla nas, jutro urodziny Aneczki i imieniny Taty. I święto w katedrze,a potem feta w parafii. A my tu będziemy się uczyć na Cross Cultural Management.
Chyba z tej świadomości nieuchronności nauki, trochę poprasuję. A potem zamiotę pustynię i zacznę się uczyć.
Pozdrawiam, pod nosem nucąc niechcącą się odczepić piosenkę:http://www.youtube.com/watch?v=FCJgaPjy2vk
czwartek, 28 czerwca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Missing P.
Wyjechałam na Erasmusa również dlatego, że miałam dość P. Niby go kocham najmocniej na świecie, ale jak długo można... Ma tę zachodnią energię i wschodni styl bycia, wciąż potrafi mnie zaskoczyć, ale coś między nami jest nie tak. Od dłuższego czasu staram się wkraść w jego łaski, chcę żeby mnie docenił i odwzajemnił moje uczucie. Poświęcam mu czas, trwonię pieniądze, inwestuję w nasz związek. On raz mnie przyciąga, raz odtrąca. Kusi szerokimi perspektywami, potem każe zadowolić się byle czym. Daje nadzieję na sukces i szczęśliwe życie, ale chyba tylko dla zupełnie wyjątkowych osób. Z drugiej strony, będąc tu doceniam bardziej jego zalety. Brakuje mi go, tego, że w nim wszystko jest tak jak być powinno. Jest tak samo otwarty jak konserwatywny. Z rozmachem, ale wciąż rodzinny, kameralny. I mieszczański i szalony. Ma swoje zakazane rejony, gdzie nie wolno się zapuszczać, ta tajemniczość jest intrygująca. Nikogo nie pozostawia obojętnym.
Są dni, że prawie o nim nie myślę. Tak bardzo zachwyca mnie nowa rzeczywistość wokół, że zapominam o tym co zostało w Polsce. Innym razem wszystko o nim przypomina, wyraźnie widzę jego zalety na tle innych. Zerkam sobie czasem na jego zdjęcia, próbuję być na bieżąco z jego sprawami, ale coraz dalej mi tam do niego. Co będzie po moim powrocie? W którą stronę pójdziemy? Ze mną, beze mnie, P. sobie poradzi, niejedno już przeszedł. Ale może będę w stanie mu zaoferować coś więcej. Nawet jeśli chodziłoby li i jedynie o niemiecki na poziomie A2.
Pewnie idealizuję go z daleka, zapominam powoli o wszystkim co mnie w nim wkurzało, a pamiętam to co piękne. Wrócę i się rozczaruję, jak to bywa. Po paru dniach będzie po staremu? Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?
Poznań, I love you and I miss you so much!
Są dni, że prawie o nim nie myślę. Tak bardzo zachwyca mnie nowa rzeczywistość wokół, że zapominam o tym co zostało w Polsce. Innym razem wszystko o nim przypomina, wyraźnie widzę jego zalety na tle innych. Zerkam sobie czasem na jego zdjęcia, próbuję być na bieżąco z jego sprawami, ale coraz dalej mi tam do niego. Co będzie po moim powrocie? W którą stronę pójdziemy? Ze mną, beze mnie, P. sobie poradzi, niejedno już przeszedł. Ale może będę w stanie mu zaoferować coś więcej. Nawet jeśli chodziłoby li i jedynie o niemiecki na poziomie A2.
Pewnie idealizuję go z daleka, zapominam powoli o wszystkim co mnie w nim wkurzało, a pamiętam to co piękne. Wrócę i się rozczaruję, jak to bywa. Po paru dniach będzie po staremu? Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?
Poznań, I love you and I miss you so much!
środa, 20 czerwca 2012
Zmokłeś ty, zmokłam ja, zmokły na drzewach kawki
Temperatury za oknem iście tropikalne, wilgotność powietrza wyższa niż ustawa przewiduje. Jak tu żyć? Dziś rano okazało się, że 7.30 to już za późno na bieganie. Jest już za gorąco. Trzeba spróbować wcześniej wstawać. Może w piątek.
Z góry przepraszam za jakość notki. Przez te upały wszystko i wszyscy kleją się do wszystkiego i wszystkich, ale myśli jakoś nie chcą się kleić.
Ostatnie dni mijały w rytmie: "mecz-piwo-piwo-mecz-zajęcia-piwo-mecz-impreza-piwo-piwo-piwo-oezualemisnieniechce-piwo-mecz". Kulminacją była sobota i wyjątkowo obfitujący we wrażenia wieczór. A w niedzielę rano w końcu poszłam na polską mszę. Było jak to w parafii, po mszy za to przed kościołem dało się słyszeć znajome "No wkurzyli mnie wczoraj, musiałem się napić".
Z Polakami już jakoś tak jest, gdzie się nie ruszyć tam się znajdą, albo znajdzie się ktoś kto się przyznaje do polskich korzeni. Ostatnio np. kolega z Chicago, taki tam Andy. Bądź też mój ulubieniec (chociaż, według Marcina on wygląda "jak ziemniak". A według mnie on wygląda jak Marcin:) Karol Stanisław Radomski, odrobinę tylko sfrancuszczony. Prowadzę sobie z nim niekończące się rozmowy o przyjaźni posko-francuskiej, już mu wyłożyłam co my myślimy o Napoleonie. I skąd się wzięła nasza najnowsza konstytucja. Wyjątkowo wdzięczny słuchacz.
Idalia przed wyjazdem powiedziała mi jedną rzecz. "Jak pomieszkasz trochę w Niemczech to docenisz Francję i Francuzów." O losie, jak bardzo miałaś rację!
W ubiegłym tygodniu zaczęłam i skończyłam czytać książkę o niedźwiedziu Wojtku. http://www.empik.com/niedzwiedz-wojtek-niezwykly-zolnierz-armii-andersa-orr-aileen,prod60690598,ksiazka-p Trochę słyszałam o tej historii, ale niestety nie jest to fakt jakoś szczególnie rozpowszechniony wśród ludzi w moim wieku. A to się na film nadaje.
Książkę czyta się rewelacyjnie, autorka jest Szkotką i bardzo ciepło wypowiada się o Polakach. A my lubimy jak ktoś nas chwali. Przy tym dość rzetelnie opisane jest tło historyczne, jednak bez popadanie w paramilitarne szczegóły. Fantastyczna lektura, zwłaszcza jak się po 2 miesiącach za bardzo zaczyna lubić Niemców. O tak, wybaczamy, ale nie zapominamy.
Jest też nowy wątek w wątku fińskim. Santtu oświadczył się swojej dziewczynie w Salzburgu. Ta to ma szczęście, co za okolica na zaręczyny, no no... Chyba więc polecimy na ślub.
Zaginęło mi mleko. Kupiłam w sobotę karton i nawet nie zdążyłam go otworzyć. W poniedziałek mleka w lodówce nie było. Napisałam więc wiadomość do "Złodzieja mleka" i lojalnie ostrzegłam- "wiem gdzie mieszkasz". Oby się sprawa jakoś polubownie rozwiązała, bo jeśli nie, to tak tego nie zostawię. Karton mleka piechotą nie chodzi.
Myślami jestem z moimi gwiazdami, które kończą właśnie studia. Paula, Basi- młode, genialne, pójdą w świat z wyższym wykształceniem wprost z Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza, piękna przyszłość przed nimi. Moje drogie panie magistry...
Z góry przepraszam za jakość notki. Przez te upały wszystko i wszyscy kleją się do wszystkiego i wszystkich, ale myśli jakoś nie chcą się kleić.
Ostatnie dni mijały w rytmie: "mecz-piwo-piwo-mecz-zajęcia-piwo-mecz-impreza-piwo-piwo-piwo-oezualemisnieniechce-piwo-mecz". Kulminacją była sobota i wyjątkowo obfitujący we wrażenia wieczór. A w niedzielę rano w końcu poszłam na polską mszę. Było jak to w parafii, po mszy za to przed kościołem dało się słyszeć znajome "No wkurzyli mnie wczoraj, musiałem się napić".
Z Polakami już jakoś tak jest, gdzie się nie ruszyć tam się znajdą, albo znajdzie się ktoś kto się przyznaje do polskich korzeni. Ostatnio np. kolega z Chicago, taki tam Andy. Bądź też mój ulubieniec (chociaż, według Marcina on wygląda "jak ziemniak". A według mnie on wygląda jak Marcin:) Karol Stanisław Radomski, odrobinę tylko sfrancuszczony. Prowadzę sobie z nim niekończące się rozmowy o przyjaźni posko-francuskiej, już mu wyłożyłam co my myślimy o Napoleonie. I skąd się wzięła nasza najnowsza konstytucja. Wyjątkowo wdzięczny słuchacz.
Idalia przed wyjazdem powiedziała mi jedną rzecz. "Jak pomieszkasz trochę w Niemczech to docenisz Francję i Francuzów." O losie, jak bardzo miałaś rację!
W ubiegłym tygodniu zaczęłam i skończyłam czytać książkę o niedźwiedziu Wojtku. http://www.empik.com/niedzwiedz-wojtek-niezwykly-zolnierz-armii-andersa-orr-aileen,prod60690598,ksiazka-p Trochę słyszałam o tej historii, ale niestety nie jest to fakt jakoś szczególnie rozpowszechniony wśród ludzi w moim wieku. A to się na film nadaje.
Książkę czyta się rewelacyjnie, autorka jest Szkotką i bardzo ciepło wypowiada się o Polakach. A my lubimy jak ktoś nas chwali. Przy tym dość rzetelnie opisane jest tło historyczne, jednak bez popadanie w paramilitarne szczegóły. Fantastyczna lektura, zwłaszcza jak się po 2 miesiącach za bardzo zaczyna lubić Niemców. O tak, wybaczamy, ale nie zapominamy.
Jest też nowy wątek w wątku fińskim. Santtu oświadczył się swojej dziewczynie w Salzburgu. Ta to ma szczęście, co za okolica na zaręczyny, no no... Chyba więc polecimy na ślub.
Zaginęło mi mleko. Kupiłam w sobotę karton i nawet nie zdążyłam go otworzyć. W poniedziałek mleka w lodówce nie było. Napisałam więc wiadomość do "Złodzieja mleka" i lojalnie ostrzegłam- "wiem gdzie mieszkasz". Oby się sprawa jakoś polubownie rozwiązała, bo jeśli nie, to tak tego nie zostawię. Karton mleka piechotą nie chodzi.
Myślami jestem z moimi gwiazdami, które kończą właśnie studia. Paula, Basi- młode, genialne, pójdą w świat z wyższym wykształceniem wprost z Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza, piękna przyszłość przed nimi. Moje drogie panie magistry...
piątek, 15 czerwca 2012
Finki i fińczyki
Wróciła dobra pogoda!
W końcu udało nam się pojechać do Eichstätt , gdzie znajduje się nasza macierzysta uczelnia. Miasto urocze, ale tak na pół dnia. Magda poszła na zajęcia, a my z Łukaszem chodziliśmy sobie po tych uliczkach, nad rzeką, nad nami błękitne niebo. Przy obiedzie dotarła wiadomość o śmierci prof. Stuligrosza, Łukasz śpiewa w "Poznańskich Słowikach". Może lżej bym zniosła nowinę (w końcu profesor miał już swoje lata i nikt się nie spodziewał, że będzie żył wiecznie), gdyby nie fakt, że właśnie podczas tych dwóch godzin rozmawialiśmy o chórze. O życiu, o muzyce, o koncertach. O tym czym chór jest dla każdego, kto chociaż przez chwilę był jego częścią. Bo to jest więcej, niż wspólne śpiewanie. Więcej niż próby, wyjazdy, koncerty. Więcej nawet niż radość po owacjach albo nagrodach. Chór to jest Układ Słoneczny, dyrygent to nasze Słońce.
Notka miała być o Finkach i "Fińczykach". Mieszkam z dwoma kolegami z Turku, ale takiego w Finlandii a nie Turku koło Konina i koło Koła. Studiują jakieś inżynieryjno-marketingowy kierunek i są obaj absolutnie fantastyczni. Ville naprawił mi rower, Santtu jest zawsze skłonny do żartów i ma piekielnie mocną głowę. Lubią czystość i porządek, kiedy jest ich pora sprzątania, jest czysto jak rzadko. Ostatnio uprzątnęli wszystkie flaszki i wyrzucili naszą stertę gazet. "Fińczyki" mówi o nich Jessi:) Oboje polubili moją siostrę, Ville nie mógł uwierzyć, że wkrótce wychodzi za mąż. A propos, wczoraj mieliśmy rozmowę na damsko-męskie tematy, przyznał, że mija własnie 6 lat odkąd są razem ze swoją dziewczyną. Akurat w jej urodziny, nie miał żadnego prezentu, no to się zapytał. I tak już zostało. Generalnie Ville prezentuje takie podejście do życia. Ale rower naprawił w 15 minut. Fajne chłopaki te moje Fińczyki. Odwiedziła nas dziewczyna Santtu, Finka właśnie. Finka to taki nożyk mały, Erikka wygląda na dziewczynę ostrą jak brzytwa. Tak przy okazji, oni wszyscy mają podwójne literki w imionach, cały język jakiś taki "czkający". Najlepiej fińską wymowę naśladuje inny mój współlokator, Memo. Wzrusza ramionami przy co drugiej sylabie, tak mniej więcej oni mówią. Wygląda na to, że po powrocie do Polski będę polować na te słynne bilety lotnicze z Gdańska do Turku za 4 PLN. Żeby odwiedzić ten wspaniały duet, zwiedzić wioskę Muminków. W Turku mieszka też Artur, tyle mamy wspólnych wspomnień z żagli. I po żaglach. I te noce mazurskie i te ciężkie poranki...:)
Co ma wspólnego chór z Finami? Poza naszą małą obsesją z: http://www.youtube.com/watch?v=1ygdAiDxKfI jest jeszcze jedno. W Finlandii jest obowiązkowa służba wojskowa. W tym upatruję przyczyny ogólnej fantastyczności chłopców. Nauczyli się porządku, systematyczności, szacunku do autorytetów...Zupełnie jak w chórze. Musi być dyscyplina, ślepa ufność dyrygentowi, 100 procent zaangażowania. Może nie trzeba się tarzać po ziemi, ale często bywa wyczerpująco również fizycznie. Koleżanki z chóru są tak samo dobre jak koledzy z wojska. Albo i lepsze.
Kończę na dziś, jedziemy nad jezioro. A potem na domówkę do akademika. Zapowiada się intensywny wieczór.
środa, 13 czerwca 2012
Edelweiss, edelweiss...
...śpiewałam piekąc tydzień temu ciastka na wyjazd. Zainteresowanym polecam prosty i tani przepis na ciasteczka z piwem. Jakie to bawarskie, jakie to studenckie, jakie to poznańskie...http://ja-w-kuchni.bloog.pl/id,5430749,title,Ciasteczka-na-piwie,index.html?ticaid=6e9fb
Ciastka się upiekły, ja się spakowałam i poszłam spać. Ekipa z Polski, via Republika Czeska, miała przyjechać nad ranem. Zdziwiłam się gdy na zegarku zobaczyłam 8:40, a wciąż byłam u siebie. Przedłużyła im się droga, dotarli około 11. Po przekazaniu pakunków z domu (jedzenie, śpiwór i dętka rowerowa), pojechaliśmy na Augsburg. Była oczywiście Basia, reszta ekipy to: Lidka i Marta, Kamil i Karol, Lenka i Vojtech- nasze Pepiki. W Augsburgu czekała Asia. Wszyscy poza Basikiem (i Karolem:) to prawnicy, przyszli lub obecni. Wszyscy też, tu z kolei poza Martą, byli na Erasmusie w Salzburgu. Fantastyczna ekipa.
Zaczęło się. Waletowanie w akademiku, szalona gra w karty, piwo w biały dzień- bo przecież to Niemcy a poza tym długi weekend. Przyplątała się również piosenka wyjazdu: http://www.youtube.com/watch?v=gm6Zr61gXhc ze znamiennymi słowami: "Mam dwadzieścioro dzieci, moja żona jest piękna". Nieustający preteksty do żartów i domysłów. Pogoda na zwiedzanie była taka sobie, a najlepsza była chyba w piątek gdy akurat pruliśmy autostradą do Salza. Gdy już dotarliśmy, nad miastem wisiały grube, ciemne chmury. Ale nam to niestraszne. Basia wzięła mnie na porządne zwiedzanie. Dla niej podróż sentymentalna, dla mnie fascynujące odkrywanie przepięknego miejsca. Czego tam nie było...Rzeka, góry, kościół na kościele, trolejbusy. Uwielbiam miasta gdzie są trolejbusy. Chociaż to są, jak mówi mama, "cisi zabójcy". W ogóle nie słychać, że taki za tobą jedzie... A my szłyśmy. Basia jest świetnym przewodnikiem, pamiętała o tylu szczegółach. Wszechobecny jest w Salzburgu oczywiście Wolfgang Amadeusz Mozart (a co za tym idzie, japońskich wycieczek też jest sporo), ale też najpiękniejszy musical wszech czasów- "Dźwięki muzyki". Wspinamy się więc z Basieńką na wzgórze gdzie stoi klasztor, widać, że za chwilę lunie ulewa. Ale nic to. Basia: "A pamiętasz, jak ona na początku była w klasztorze? To to jest właśnie ten klasztor." Szkoda, że akurat było zamknięte, mogłyśmy trochę zostać z siostrzyczkami. Przed deszczem schroniłyśmy się w Billi, już na dole. W ogóle, wszystko co czeskie bardzo ubarwiało nam wyprawę. Niestety padało, więc w użyciu wielokrotnym było "szmaticzku na paticzku", Vojta cały czas poprawiał mój niemiecki i naśladował to jak my mówimy między sobą po polsku. Albo jak Basia mówi po chińsku. Kocham Czechów, każdego jednego. W piątek obejrzeliśmy mecze (z czego my z Basieńką połowę naszego w irlandzkim pubie, wchodzimy po jakiś 20 minutach a tam 1:0. Austriacy do nas "Lewandowski!!" a my "Aaa". Taka rozmowa.) Poszliśmy też potańczyć. Sobota taka jakaś leniwa, ten cholerny deszcz nie odpuszczał. Jednak pojechaliśmy na ekstremalny spacer do Niemiec:) Konkretnie nad Konigsee http://www.berchtesgadenerland.org/koenigssee.jpg i wodospad pod tylko nam znaną nazwą "Erasmus". Na pamiątkę nabyłyśmy z Baśką apaszki z Edelweissem. Po południu i wieczorem na szczęście się wypogodziło, więc pochodziliśmy jeszcze trochę po przepięknym Salzburgu. Co się działo w Salzburgu, niech tam pozostanie. Ale jedno mogę przyznać- dawno się tak nie naśmiałam. A obsługa w tym niby najlepszym hotelu w mieście...oburzająco niekompetentna.
W niedzielę lało, tak dla odmiany, więc pojechaliśmy do kościoła samochodem. Byliśmy w katedrze, gdzie grywał swego czasu WAM. Potem na preclach, cała się wymazałam czekoladą. Wracamy, ja za niecałą godzinkę mam pociąg aż tu nagle...Okazało się, że naszymi autami interesują się policjanci. Ale tacy policjanci, że wszystkie miałyśmy miękkie kolana...Na szczęście był Karol i im wytłumaczył, że my nie rozumiemy, że my nietutejsi i niszt versztejen. Udało się uniknąć mandatu (znów, po czesku mandat to "pokuta"), udało się zdążyć na pociąg i znaleźć miłego wspólnika do Bayern Ticket. Przygoda zakończyła się dla mnie w niedzielę o 14, reszta ekipy dojechała do domów szczęśliwie. Po drodze zahaczyli o miejscowość o wdzięcznej nazwie Fucking. http://en.wikipedia.org/wiki/Fucking,_Austria
Basia wkrótce się broni, potem rusza na podbój świata. Jak udało nam się ustalić, znamy się bez mała od 13 lat. Kawał życia za nami, lepsza część wciąż przed nami. Ze śpiewem na ustach, z wakacjami na żaglach, z Maciusiem pod rękę...I tak dalej, aż po horyzontu kres. Barbaro, dziękuję za pokazanie mi przepięknego kawałka Twojego świata.
Bywajcie zdrowi i czekajcie na najnowszą notkę o "Finkach i Fińczykach".
Ciastka się upiekły, ja się spakowałam i poszłam spać. Ekipa z Polski, via Republika Czeska, miała przyjechać nad ranem. Zdziwiłam się gdy na zegarku zobaczyłam 8:40, a wciąż byłam u siebie. Przedłużyła im się droga, dotarli około 11. Po przekazaniu pakunków z domu (jedzenie, śpiwór i dętka rowerowa), pojechaliśmy na Augsburg. Była oczywiście Basia, reszta ekipy to: Lidka i Marta, Kamil i Karol, Lenka i Vojtech- nasze Pepiki. W Augsburgu czekała Asia. Wszyscy poza Basikiem (i Karolem:) to prawnicy, przyszli lub obecni. Wszyscy też, tu z kolei poza Martą, byli na Erasmusie w Salzburgu. Fantastyczna ekipa.
Zaczęło się. Waletowanie w akademiku, szalona gra w karty, piwo w biały dzień- bo przecież to Niemcy a poza tym długi weekend. Przyplątała się również piosenka wyjazdu: http://www.youtube.com/watch?v=gm6Zr61gXhc ze znamiennymi słowami: "Mam dwadzieścioro dzieci, moja żona jest piękna". Nieustający preteksty do żartów i domysłów. Pogoda na zwiedzanie była taka sobie, a najlepsza była chyba w piątek gdy akurat pruliśmy autostradą do Salza. Gdy już dotarliśmy, nad miastem wisiały grube, ciemne chmury. Ale nam to niestraszne. Basia wzięła mnie na porządne zwiedzanie. Dla niej podróż sentymentalna, dla mnie fascynujące odkrywanie przepięknego miejsca. Czego tam nie było...Rzeka, góry, kościół na kościele, trolejbusy. Uwielbiam miasta gdzie są trolejbusy. Chociaż to są, jak mówi mama, "cisi zabójcy". W ogóle nie słychać, że taki za tobą jedzie... A my szłyśmy. Basia jest świetnym przewodnikiem, pamiętała o tylu szczegółach. Wszechobecny jest w Salzburgu oczywiście Wolfgang Amadeusz Mozart (a co za tym idzie, japońskich wycieczek też jest sporo), ale też najpiękniejszy musical wszech czasów- "Dźwięki muzyki". Wspinamy się więc z Basieńką na wzgórze gdzie stoi klasztor, widać, że za chwilę lunie ulewa. Ale nic to. Basia: "A pamiętasz, jak ona na początku była w klasztorze? To to jest właśnie ten klasztor." Szkoda, że akurat było zamknięte, mogłyśmy trochę zostać z siostrzyczkami. Przed deszczem schroniłyśmy się w Billi, już na dole. W ogóle, wszystko co czeskie bardzo ubarwiało nam wyprawę. Niestety padało, więc w użyciu wielokrotnym było "szmaticzku na paticzku", Vojta cały czas poprawiał mój niemiecki i naśladował to jak my mówimy między sobą po polsku. Albo jak Basia mówi po chińsku. Kocham Czechów, każdego jednego. W piątek obejrzeliśmy mecze (z czego my z Basieńką połowę naszego w irlandzkim pubie, wchodzimy po jakiś 20 minutach a tam 1:0. Austriacy do nas "Lewandowski!!" a my "Aaa". Taka rozmowa.) Poszliśmy też potańczyć. Sobota taka jakaś leniwa, ten cholerny deszcz nie odpuszczał. Jednak pojechaliśmy na ekstremalny spacer do Niemiec:) Konkretnie nad Konigsee http://www.berchtesgadenerland.org/koenigssee.jpg i wodospad pod tylko nam znaną nazwą "Erasmus". Na pamiątkę nabyłyśmy z Baśką apaszki z Edelweissem. Po południu i wieczorem na szczęście się wypogodziło, więc pochodziliśmy jeszcze trochę po przepięknym Salzburgu. Co się działo w Salzburgu, niech tam pozostanie. Ale jedno mogę przyznać- dawno się tak nie naśmiałam. A obsługa w tym niby najlepszym hotelu w mieście...oburzająco niekompetentna.
W niedzielę lało, tak dla odmiany, więc pojechaliśmy do kościoła samochodem. Byliśmy w katedrze, gdzie grywał swego czasu WAM. Potem na preclach, cała się wymazałam czekoladą. Wracamy, ja za niecałą godzinkę mam pociąg aż tu nagle...Okazało się, że naszymi autami interesują się policjanci. Ale tacy policjanci, że wszystkie miałyśmy miękkie kolana...Na szczęście był Karol i im wytłumaczył, że my nie rozumiemy, że my nietutejsi i niszt versztejen. Udało się uniknąć mandatu (znów, po czesku mandat to "pokuta"), udało się zdążyć na pociąg i znaleźć miłego wspólnika do Bayern Ticket. Przygoda zakończyła się dla mnie w niedzielę o 14, reszta ekipy dojechała do domów szczęśliwie. Po drodze zahaczyli o miejscowość o wdzięcznej nazwie Fucking. http://en.wikipedia.org/wiki/Fucking,_Austria
Basia wkrótce się broni, potem rusza na podbój świata. Jak udało nam się ustalić, znamy się bez mała od 13 lat. Kawał życia za nami, lepsza część wciąż przed nami. Ze śpiewem na ustach, z wakacjami na żaglach, z Maciusiem pod rękę...I tak dalej, aż po horyzontu kres. Barbaro, dziękuję za pokazanie mi przepięknego kawałka Twojego świata.
Bywajcie zdrowi i czekajcie na najnowszą notkę o "Finkach i Fińczykach".
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Dwunastego czerwca roku pamiętnego...
Jeszcze będzie o Salzburgu. Ale najpierw będzie notka okolicznościowa.
Dziś urodziny Magdaleny. A przy okazji dziesiąta rocznica pamiętnego spotkania na korytarzu gmachu przy Bukowskiej 16. Jak już wszyscy nieraz słyszeli, siedziała taka rozgwiazda w minówce i kwiaciastych martensach, podeszłam do niej ja, niebożę, przedstawiłam się i z miejsca...nie polubiłam. Było po teście, miałam katar, ona jakaś taka sztywna i chyba za cicho mówiła, skoro myślałam,że ma na imię Maria.
3 września, jak wychodziliśmy z 204 i szliśmy na WF podeszła i zapytała czy ją pamiętam. Wtedy wyglądała jak Pocahontas. I tak już razem poszłyśmy, najpierw po schodach, potem przez boisko szkolne i dalej w świat. Pocahontas i Babcia Wierzba. Flip i Flap. Pinki i Mózg. Andrzej i Eliza. Magda M. i Agata. Przy zastrzeżeniu, że Jachu jest lepszy niż ten beznadziejny Piotr, a ja z wiekiem jestem coraz mniej narwana.
Możemy rozmawiać godzinami, zwłaszcza na gadu-gadu, gdy jeszcze takie istniało. Teraz najczęściej jest facebookowy chat, ale cenimy sobie również maile. Uwielbiamy pisać maile, zwłaszcza te wakacyjne, potem się cudownie czyta przy herbacie w zimowe wieczory. Dziwnie było po 6 latach szkoły przestać się codziennie widywać, odprowadzać, na bieżąco żyć swoimi sprawami. Teraz jest jeszcze inaczej, ona kończy filologię germańską, a ja siedzę w Niemczech. A Magda też kiedyś prowadziła bloga...
Różnimy się tak bardzo, jak bardzo jesteśmy podobne. Książki, filmy (ze szczególnym uwzględnieniem "Przeminęło z wiatrem" oraz "Dirty dancing" i "Chłopaki nie płaczą"), muzyka-śpiew i taniec. Od zawsze Frank Sinatra, stare melodie, najpodlejsze disco polo. Jak o kimś rozmawiamy to potem ten ktoś często umiera. Co roku wspólnie pierniczymy i pierogujemy. Przeżyłyśmy razem biały szkwał- ja udawałam, że się nie boję, a Magda spokojnie wycierała podłogę. Tyle wspomnień, tyle historii. Wszystko jednak przy diametralnych różnicach światopoglądowych, zwierzęco- i mięsopoglądowych. Mimo ich. Ja nauczyłam się akceptować psy, koty, zainteresowania paramedyczne. Ona ze zrozumieniem kiwa głową gdy mówię, że wstałam na 6 na roraty. I chyba już mi wybaczyła, że nie dbam o paznokcie.
Magda jest najlepsza. Zawsze pomoże, o każdej porze (o mój Boże). Zawojuje świat, już jest królową Jeżyc. Nie poddaje się łatwo, mogę jej pozazdrościć wytrwałości i systematyczności. Co do zazdrości, z wiekiem chyba mija taka dziecięca "zazdrość o przyjaciela". Oczywiście, chciałoby się ją/jego mieć na wyłączność, przynajmniej czasami, ale generalnie cieszy mnie, że inni też doceniają całą wspaniałą osobowość tej osoby. A z Magdą jest też tak, że jej przyjaciele są i moimi przyjaciółmi. Rodziny też możemy mieć wspólne...:)
Na koniec życzę nam obu, żebyśmy pomimo upływu lat pozostały: http://www.youtube.com/watch?v=HSIbpjsbH40&feature=related
Dziś urodziny Magdaleny. A przy okazji dziesiąta rocznica pamiętnego spotkania na korytarzu gmachu przy Bukowskiej 16. Jak już wszyscy nieraz słyszeli, siedziała taka rozgwiazda w minówce i kwiaciastych martensach, podeszłam do niej ja, niebożę, przedstawiłam się i z miejsca...nie polubiłam. Było po teście, miałam katar, ona jakaś taka sztywna i chyba za cicho mówiła, skoro myślałam,że ma na imię Maria.
3 września, jak wychodziliśmy z 204 i szliśmy na WF podeszła i zapytała czy ją pamiętam. Wtedy wyglądała jak Pocahontas. I tak już razem poszłyśmy, najpierw po schodach, potem przez boisko szkolne i dalej w świat. Pocahontas i Babcia Wierzba. Flip i Flap. Pinki i Mózg. Andrzej i Eliza. Magda M. i Agata. Przy zastrzeżeniu, że Jachu jest lepszy niż ten beznadziejny Piotr, a ja z wiekiem jestem coraz mniej narwana.
Możemy rozmawiać godzinami, zwłaszcza na gadu-gadu, gdy jeszcze takie istniało. Teraz najczęściej jest facebookowy chat, ale cenimy sobie również maile. Uwielbiamy pisać maile, zwłaszcza te wakacyjne, potem się cudownie czyta przy herbacie w zimowe wieczory. Dziwnie było po 6 latach szkoły przestać się codziennie widywać, odprowadzać, na bieżąco żyć swoimi sprawami. Teraz jest jeszcze inaczej, ona kończy filologię germańską, a ja siedzę w Niemczech. A Magda też kiedyś prowadziła bloga...
Różnimy się tak bardzo, jak bardzo jesteśmy podobne. Książki, filmy (ze szczególnym uwzględnieniem "Przeminęło z wiatrem" oraz "Dirty dancing" i "Chłopaki nie płaczą"), muzyka-śpiew i taniec. Od zawsze Frank Sinatra, stare melodie, najpodlejsze disco polo. Jak o kimś rozmawiamy to potem ten ktoś często umiera. Co roku wspólnie pierniczymy i pierogujemy. Przeżyłyśmy razem biały szkwał- ja udawałam, że się nie boję, a Magda spokojnie wycierała podłogę. Tyle wspomnień, tyle historii. Wszystko jednak przy diametralnych różnicach światopoglądowych, zwierzęco- i mięsopoglądowych. Mimo ich. Ja nauczyłam się akceptować psy, koty, zainteresowania paramedyczne. Ona ze zrozumieniem kiwa głową gdy mówię, że wstałam na 6 na roraty. I chyba już mi wybaczyła, że nie dbam o paznokcie.
Magda jest najlepsza. Zawsze pomoże, o każdej porze (o mój Boże). Zawojuje świat, już jest królową Jeżyc. Nie poddaje się łatwo, mogę jej pozazdrościć wytrwałości i systematyczności. Co do zazdrości, z wiekiem chyba mija taka dziecięca "zazdrość o przyjaciela". Oczywiście, chciałoby się ją/jego mieć na wyłączność, przynajmniej czasami, ale generalnie cieszy mnie, że inni też doceniają całą wspaniałą osobowość tej osoby. A z Magdą jest też tak, że jej przyjaciele są i moimi przyjaciółmi. Rodziny też możemy mieć wspólne...:)
Na koniec życzę nam obu, żebyśmy pomimo upływu lat pozostały: http://www.youtube.com/watch?v=HSIbpjsbH40&feature=related
wtorek, 5 czerwca 2012
Być kobietą, nie być babą.
Hallo!
Tydzień ledwo się zaczął, za chwilę się skończy. I znów będzie długi weekend. Zapowiada się najlepiej, bo Basiowo. I z Basiową ekipą. A jeszcze jutro kolejna prezentacja i degustacja wina z KHG.
A poprzedni weekend też udany. Piątek z ekscesami, bo to Dzień Dziecka. Poszaleli co niektórzy. A potem posnęli. W sobotę zakupy, gotowanie i wyjazd do Monachium. Była impreza u Anny i reszty dziewczyn. Bardzo udany wieczór, wytańczyłam się jak już dawno nie. Rozwiązałam również zagadkę lingwistyczną. W języku niemieckim, czasowniki ruchu odmieniają się w czasie przeszłym z czasownikiem "być". Także "byłam biegałam, byłam wstałam", ale "miałam tańczyłam". Bo Niemcy, a chyba Niemki zwłaszcza, to tak tańczą- nie tańczą. I może "mieli tańczyć", ale nie "byli tańczyli". Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, na parkiecie dominowali panowie. Obstawa zresztą mocno międzynarodowa. Łotysz, Brazylijczyk, Francuz, dzielni reprezentanci BRD. Pań było mniej. Aż mi się żal chłopców zrobiło, ale niczym żaba z klasycznego Verbowego dowcipu "przecież się nie rozerwę". Buty postradałam! Wspaniała impreza, dobra muzyka, jedzenia i picia w bród, towarzystwo wybitne. A w niedzielę po kościele wróciłam do domu z Reginą i trzema innymi osobami. Bilet się opłacił. Na dworcu czekała mnie niemiła niespodzianka- kompletny kapeć w przednim kole. Trochę mi się przedłużyła droga do domu, wróciła alergia, wyglądałam i czułam się jak ostatnia sierota.
W niedzielę nic się nie dało zrobić, poszukałam co nieco w internecie i postanowiłam nie poddać się tak łatwo. Próby samodzielnego załatania dętki nie przyniosły spodziewanych rezultatów, poprosiłam więc dzisiaj jednego z Muminków żeby się tym zajął. Mam nadzieję, że wystarczy mu czasu w weekend. Wahałam się czy nie zawracać jeszcze komuś głowy, ale chyba nie umiem robić z siebie cielątka. Przypomniały mi się słowa pana Zbyszka (miałam u niego kilka lekcji przed egzaminem na prawo jazdy i myślę, że wspólnym wysiłkiem Taty, jego i moim, udało się zdać za drugim razem!:), powiedział mi, że dzieli kobiety na "kobiety" i "baby". "Baby" nie potrafią jeździć samochodem. I są takie właśnie "babskie". Różnie bywa z tym moim prowadzeniem auta, zwykle przy cofaniu/parkowaniu jest nawet fatalnie, ale w innych sytuacjach staram się nie zachowywać jak taka właśnie "baba". Między innymi dlatego, że mężczyźni na to nie zasługują. Co innego "faceci". "Faceci" to "świnie".
W podobnym tonie wyraziła się też ostatnio Magda. Narzekałam jej, że zdarza mi się siedzieć pół wieczoru z pustą szklanką, bo panowie nie mają w zwyczaju proponować paniom nic do picia. Przecież mogą sobie same sięgnąć flaszkę. Magda, jak to przyszły licencjat, a kto wie czy nie więcej, germanistyki, broniła Niemców. "Skąd oni mają wiedzieć jak się traktuje kobiety. Widziałaś ostatnio na ulicy jakąś kobietę? Ale kobietę, nie babę? No właśnie."
Niczym dwustuprocentowa kobieta (bo po poznańsku oszczędna i po bawarsku od serca gotująca), zrobiłam z wyschniętych na kamień bułek knedle szpinakowe. Wyszły chyba całkiem dobre. Może jutro podrzucę ekspertom do degustacji. Sporo z tym zabawy, ale satysfakcja gwarantowana. A przy okazji, to danie tanie jak barszcz. Widział tu ktoś kiedyś buraki?
Tydzień ledwo się zaczął, za chwilę się skończy. I znów będzie długi weekend. Zapowiada się najlepiej, bo Basiowo. I z Basiową ekipą. A jeszcze jutro kolejna prezentacja i degustacja wina z KHG.
A poprzedni weekend też udany. Piątek z ekscesami, bo to Dzień Dziecka. Poszaleli co niektórzy. A potem posnęli. W sobotę zakupy, gotowanie i wyjazd do Monachium. Była impreza u Anny i reszty dziewczyn. Bardzo udany wieczór, wytańczyłam się jak już dawno nie. Rozwiązałam również zagadkę lingwistyczną. W języku niemieckim, czasowniki ruchu odmieniają się w czasie przeszłym z czasownikiem "być". Także "byłam biegałam, byłam wstałam", ale "miałam tańczyłam". Bo Niemcy, a chyba Niemki zwłaszcza, to tak tańczą- nie tańczą. I może "mieli tańczyć", ale nie "byli tańczyli". Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, na parkiecie dominowali panowie. Obstawa zresztą mocno międzynarodowa. Łotysz, Brazylijczyk, Francuz, dzielni reprezentanci BRD. Pań było mniej. Aż mi się żal chłopców zrobiło, ale niczym żaba z klasycznego Verbowego dowcipu "przecież się nie rozerwę". Buty postradałam! Wspaniała impreza, dobra muzyka, jedzenia i picia w bród, towarzystwo wybitne. A w niedzielę po kościele wróciłam do domu z Reginą i trzema innymi osobami. Bilet się opłacił. Na dworcu czekała mnie niemiła niespodzianka- kompletny kapeć w przednim kole. Trochę mi się przedłużyła droga do domu, wróciła alergia, wyglądałam i czułam się jak ostatnia sierota.
W niedzielę nic się nie dało zrobić, poszukałam co nieco w internecie i postanowiłam nie poddać się tak łatwo. Próby samodzielnego załatania dętki nie przyniosły spodziewanych rezultatów, poprosiłam więc dzisiaj jednego z Muminków żeby się tym zajął. Mam nadzieję, że wystarczy mu czasu w weekend. Wahałam się czy nie zawracać jeszcze komuś głowy, ale chyba nie umiem robić z siebie cielątka. Przypomniały mi się słowa pana Zbyszka (miałam u niego kilka lekcji przed egzaminem na prawo jazdy i myślę, że wspólnym wysiłkiem Taty, jego i moim, udało się zdać za drugim razem!:), powiedział mi, że dzieli kobiety na "kobiety" i "baby". "Baby" nie potrafią jeździć samochodem. I są takie właśnie "babskie". Różnie bywa z tym moim prowadzeniem auta, zwykle przy cofaniu/parkowaniu jest nawet fatalnie, ale w innych sytuacjach staram się nie zachowywać jak taka właśnie "baba". Między innymi dlatego, że mężczyźni na to nie zasługują. Co innego "faceci". "Faceci" to "świnie".
W podobnym tonie wyraziła się też ostatnio Magda. Narzekałam jej, że zdarza mi się siedzieć pół wieczoru z pustą szklanką, bo panowie nie mają w zwyczaju proponować paniom nic do picia. Przecież mogą sobie same sięgnąć flaszkę. Magda, jak to przyszły licencjat, a kto wie czy nie więcej, germanistyki, broniła Niemców. "Skąd oni mają wiedzieć jak się traktuje kobiety. Widziałaś ostatnio na ulicy jakąś kobietę? Ale kobietę, nie babę? No właśnie."
Niczym dwustuprocentowa kobieta (bo po poznańsku oszczędna i po bawarsku od serca gotująca), zrobiłam z wyschniętych na kamień bułek knedle szpinakowe. Wyszły chyba całkiem dobre. Może jutro podrzucę ekspertom do degustacji. Sporo z tym zabawy, ale satysfakcja gwarantowana. A przy okazji, to danie tanie jak barszcz. Widział tu ktoś kiedyś buraki?
Subskrybuj:
Posty (Atom)