...śpiewałam piekąc tydzień temu ciastka na wyjazd. Zainteresowanym polecam prosty i tani przepis na ciasteczka z piwem. Jakie to bawarskie, jakie to studenckie, jakie to poznańskie...http://ja-w-kuchni.bloog.pl/id,5430749,title,Ciasteczka-na-piwie,index.html?ticaid=6e9fb
Ciastka się upiekły, ja się spakowałam i poszłam spać. Ekipa z Polski, via Republika Czeska, miała przyjechać nad ranem. Zdziwiłam się gdy na zegarku zobaczyłam 8:40, a wciąż byłam u siebie. Przedłużyła im się droga, dotarli około 11. Po przekazaniu pakunków z domu (jedzenie, śpiwór i dętka rowerowa), pojechaliśmy na Augsburg. Była oczywiście Basia, reszta ekipy to: Lidka i Marta, Kamil i Karol, Lenka i Vojtech- nasze Pepiki. W Augsburgu czekała Asia. Wszyscy poza Basikiem (i Karolem:) to prawnicy, przyszli lub obecni. Wszyscy też, tu z kolei poza Martą, byli na Erasmusie w Salzburgu. Fantastyczna ekipa.
Zaczęło się. Waletowanie w akademiku, szalona gra w karty, piwo w biały dzień- bo przecież to Niemcy a poza tym długi weekend. Przyplątała się również piosenka wyjazdu: http://www.youtube.com/watch?v=gm6Zr61gXhc ze znamiennymi słowami: "Mam dwadzieścioro dzieci, moja żona jest piękna". Nieustający preteksty do żartów i domysłów. Pogoda na zwiedzanie była taka sobie, a najlepsza była chyba w piątek gdy akurat pruliśmy autostradą do Salza. Gdy już dotarliśmy, nad miastem wisiały grube, ciemne chmury. Ale nam to niestraszne. Basia wzięła mnie na porządne zwiedzanie. Dla niej podróż sentymentalna, dla mnie fascynujące odkrywanie przepięknego miejsca. Czego tam nie było...Rzeka, góry, kościół na kościele, trolejbusy. Uwielbiam miasta gdzie są trolejbusy. Chociaż to są, jak mówi mama, "cisi zabójcy". W ogóle nie słychać, że taki za tobą jedzie... A my szłyśmy. Basia jest świetnym przewodnikiem, pamiętała o tylu szczegółach. Wszechobecny jest w Salzburgu oczywiście Wolfgang Amadeusz Mozart (a co za tym idzie, japońskich wycieczek też jest sporo), ale też najpiękniejszy musical wszech czasów- "Dźwięki muzyki". Wspinamy się więc z Basieńką na wzgórze gdzie stoi klasztor, widać, że za chwilę lunie ulewa. Ale nic to. Basia: "A pamiętasz, jak ona na początku była w klasztorze? To to jest właśnie ten klasztor." Szkoda, że akurat było zamknięte, mogłyśmy trochę zostać z siostrzyczkami. Przed deszczem schroniłyśmy się w Billi, już na dole. W ogóle, wszystko co czeskie bardzo ubarwiało nam wyprawę. Niestety padało, więc w użyciu wielokrotnym było "szmaticzku na paticzku", Vojta cały czas poprawiał mój niemiecki i naśladował to jak my mówimy między sobą po polsku. Albo jak Basia mówi po chińsku. Kocham Czechów, każdego jednego. W piątek obejrzeliśmy mecze (z czego my z Basieńką połowę naszego w irlandzkim pubie, wchodzimy po jakiś 20 minutach a tam 1:0. Austriacy do nas "Lewandowski!!" a my "Aaa". Taka rozmowa.) Poszliśmy też potańczyć. Sobota taka jakaś leniwa, ten cholerny deszcz nie odpuszczał. Jednak pojechaliśmy na ekstremalny spacer do Niemiec:) Konkretnie nad Konigsee http://www.berchtesgadenerland.org/koenigssee.jpg i wodospad pod tylko nam znaną nazwą "Erasmus". Na pamiątkę nabyłyśmy z Baśką apaszki z Edelweissem. Po południu i wieczorem na szczęście się wypogodziło, więc pochodziliśmy jeszcze trochę po przepięknym Salzburgu. Co się działo w Salzburgu, niech tam pozostanie. Ale jedno mogę przyznać- dawno się tak nie naśmiałam. A obsługa w tym niby najlepszym hotelu w mieście...oburzająco niekompetentna.
W niedzielę lało, tak dla odmiany, więc pojechaliśmy do kościoła samochodem. Byliśmy w katedrze, gdzie grywał swego czasu WAM. Potem na preclach, cała się wymazałam czekoladą. Wracamy, ja za niecałą godzinkę mam pociąg aż tu nagle...Okazało się, że naszymi autami interesują się policjanci. Ale tacy policjanci, że wszystkie miałyśmy miękkie kolana...Na szczęście był Karol i im wytłumaczył, że my nie rozumiemy, że my nietutejsi i niszt versztejen. Udało się uniknąć mandatu (znów, po czesku mandat to "pokuta"), udało się zdążyć na pociąg i znaleźć miłego wspólnika do Bayern Ticket. Przygoda zakończyła się dla mnie w niedzielę o 14, reszta ekipy dojechała do domów szczęśliwie. Po drodze zahaczyli o miejscowość o wdzięcznej nazwie Fucking. http://en.wikipedia.org/wiki/Fucking,_Austria
Basia wkrótce się broni, potem rusza na podbój świata. Jak udało nam się ustalić, znamy się bez mała od 13 lat. Kawał życia za nami, lepsza część wciąż przed nami. Ze śpiewem na ustach, z wakacjami na żaglach, z Maciusiem pod rękę...I tak dalej, aż po horyzontu kres. Barbaro, dziękuję za pokazanie mi przepięknego kawałka Twojego świata.
Bywajcie zdrowi i czekajcie na najnowszą notkę o "Finkach i Fińczykach".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz