sobota, 14 kwietnia 2012

Ingolstadt, dzień 1.

Mama: - A masło weźmiesz?
Agata: - Ja tu już nic nie zmieszczę! 
Mama - Ale jak to tak bez masła, grozi ci ślepota! 

Serce matki jest niezawodne. Mi samej trudno wyobrazić sobie życie bez masła gostyńskiego. Bo masło gostyńskie jest najlepsze i basta. Kto nie wierzy, niech spróbuje. Poza tym, każdy kucharz przyzna, że odrobina masła dodana do potrawy zawsze polepszy jej smak. Jedliście ciasta francuskie? Przecież to samo masło jest tak w gruncie rzeczy. A jak babcie smażą naleśniki, to zawsze na masełku, niach niach. 

Masło jako figura stylistyczna symbolizuje więc ciepło domu rodzinnego, niezdrową w nadmiarze przyjemność i niezbędne do życia składniki odżywcze. Bez masła można żyć, ale co to za życie. A gdy proponuje się armaty zamiast masła, to jest już bardzo źle, chociaż koniunktura się polepsza. 

Blog w założeniu ma być o Erasmusie, samodzielnym życiu, życiu w Niemczech i w międzynarodowym mieszkaniu z 11 osobami. Co z tego wyniknie? To się okaże. 

Nie:
- Nie będzie zdjęć. Nie jestem Kasią Tusk. Poza tym nie lubię, nie umiem, nie wzięłam aparatu.
- Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

Tak:
- Będzie subiektywnie i "z pamiętnika starego subiekta", skoro już piszę, to o wszystkim i o niczym.
- Będzie wbrew stereotypom.  

Pozdrawiam serdecznie z mojego ciasnego, ale własnego pokoiku. Zabałaganiony jest już zupełnie "swój". 
Auf Wiederlesen!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz