Tydzień minął i póki co na koncie same sukcesy. Udało mi się nie zamordować kolegi z grupy, nawet na niego nie nakrzyczałam, a zachowywał się wyjątkowo słabo. Gwiazdorzył, spóźniał się, w dodatku dziś przy omawianiu prezentacji prof. Gelbrich najwięcej uwag miała do jego części. Potem jeszcze poszedł się jej tłumaczyć...smutna postać. Nieuzasadnione poczucie własnej zajebistości, klasyczny przypadek.
Poza tym zdam egzamin z niemieckiego- nie był aż taki zły. Środowa prezentacja poszła też zupełnie dobrze.
Coś mi się stało w głowie dziwnego. Wczoraj wyszłam z egzaminu i poszłam do biblioteki się pouczyć, a kolejny egzamin jest dopiero w poniedziałek.
Istnieją na świecie różne rodzaje ciszy, ale cisza niemieckiej biblioteki jest chyba najcichszą z cisz. A większość studentów jeszcze dodatkowo zatyka sobie uszy. I siedzą biedaki po kilka godzin. Ja z nimi, bo nie wiedzieć czemu, wjeżdża mi to na ambicję. Może jest to nawet pozytywny przejaw presji otoczenia, gdybym tak mogła zostać z tydzień- dwa dłużej to może nawet ruszyłabym pracę magisterską. Tu aż chce się pracować. Wczoraj przeżyłam też małe wniebowzięcie, weszłam na ostatnie piętro (a biblioteka jest przerobiona z kaplicy, wierzcie lub nie- ale jest dość wysoko), a tam...całe regały książek z polityki społecznej. Z czego spora część po angielsku, gdyby tak jednak lepiej znać niemiecki, byłoby to dość ciekawe, postudiować typowo mój kierunek właśnie tu, gdzie ordoliberalizm i chrześcijańska demokracja. A propos chrześcijańskiej demokracji, to młodzieżówka organizuje za tydzień bal na zamku. Są ambitne plany pójścia, byłby to niezły akcent na koniec.
Dziś mamy iść z kolei na koncert sponsorowany przez Audi, będzie film i muzyka na żywo, wszystko w plenerze. Malownicza sceneria, czerwone wino i radość życia. A potem pewnie kolejna z serii pożegnalnych imprez, tym razem wyjeżdża nasz ziomek zza oceanu, dostanie w prezencie polski szalik.
W związku z powyższym, bezwzględnie zaczynam się uczyć.
Miłego weekendu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz