Dziś imieniny Ann. I Aneczek. Przyszła panna młoda pojechała z przyszłym panem młodym nad morze, nałapać jodu i zdrowej opalenizny. A ja, niespodziewanie, miałam dziś ostatni egzamin, czym samym zakończyłam semestr letni w Ingolstadt School of Management. Ciekawe było to, że oni tu wcale nie mają egzaminów ustnych, a to była właśnie finałowa prezentacja. Zmieściliśmy się z Łukaszem idealnie w czasie, udało mu się powiedzieć "mierzalna" zamiast "mizerna" (w kontekście polskiej ekonomii, niby kilka głosek, nawet po angielsku, ale robi dramatyczną różnicę), a ja nawet zarzuciłam idiomem. I poszło super, a po co te nerwy? Po co te noce zarwane?
Poniedziałkowy egzamin, delikatnie mówiąc, nie poszedł mi zbyt dobrze. Ale to widocznie nauczka, żeby nie było, że na tej uczelni taki słaby poziom. W razie czego, formalnie nie będzie problemu, jednak po cichu liczę, że zważywszy na mój wkład w wykłady i nie do końca równe szanse, wpadnie jakieś 4.0. Na marginesie, jak czyjaś babcia chodziła do szkoły "w okupację", to wiadomo, że przyswoiła niemiecki system ocen. Więc 5 to tak jak 1 itd. Także po raz pierwszy w studenckiej karierze ucieszyłabym się z 2.
Wyjechały Fińczyki, wyjechał Taj. Poleciał do krainy uśmiechów, w październiku wróci i zacznie karierę jako pan magister inżynier w Stutgarcie. I smutniej tu bez nich, moje chłopce kochane. Śmiesznie, zanim się rozstaliśmy, było kilka pożegnalnych imprez, ale też wyjątkowo smętny niedzielny "torcik". Siedzieliśmy przy torciku, słońce grzało, coś nawet mocniejszego na stole stało, tylko, ze nikt nie miał siły i ochoty pić. I tak sobie rozmawialiśmy o pracy, o studiach, o życiu rodzinnym. Wyszło na to, że niezaprzeczalną okazją żeby znów się zobaczyć, będą nasze śluby. O zgrozo, przegapiłam chyba moment, kiedy to się zaczęło. Biorą z naszej półki już od jakiegoś czasu, niektórzy już nawet z przychówkiem, ale akurat tych ludzi, wiecznie imprezujących a potem wiecznie skacowanych, wyprawiających różne dziwne rzeczy trudno mi sobie wyobrazić w roli mężów. Może Fińczyki jeszcze, bo to chłopaki jak złoto, ale na pewno nie całą zgraję macho i tych łysiejących może i owszem, ale wciąż bardzo dziecinnych Niemiaszków.
Grzmi i pada. Wyjeżdżam w środę. Zabieram plecak i najpotrzebniejsze rzeczy i do Altotting na Europejskie Forum Młodych. Taki czas pomiędzy, jeszcze w Niemczech, a już nie w Ingolstadt, ciągle nie w domu. Bez dostępu do internetu,a z tyloma ludźmi będzie można się w końcu zobaczyć- czasem po paru tygodniach niewidzenia, czasem po całym roku. Nie mówiąc już o nowych znajomych. Będzie dobry czas...
Postaram się jeszcze napisać, zanim zamilknę na czas jakiś lub na amen. Trochę sprzątania, trochę papierzysk do załatwienia, trochę zakupów, chciałabym jeszcze napisać swoją część raportu, bo na to na pewno czasu w Polsce nie będzie.
Tymczasem pozdrawiam, za oknem pachnie naozonowane powietrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz