czwartek, 12 lipca 2012

So long, farewell ,auf Wiedersehen, goodbye

W zeszłym tygodniu wpadliśmy na 2 godziny na imprezę do Any. Ana jest ze Stanów i oczywiście mówi po takiemu angielskiemu, że nikt z nas nie rozumie. Ale jest bardzo miła i jak się okazało jest też wspaniałą gospodynią. Najśmieszniejsze było, że kiedy w końcu dotarłyśmy z Magdą do mieszkania, tam byli prawie sami panowie i to dość znacząco od nas starsi. Myślałam żeby wyjść tak szybko jak weszłyśmy. Ale dopadła nas gospodyni i znalazło się kilka znajomych osób. A potem okazało się, że cała reszta to wojskowi. Jak gdyby to miało poprawić sytuację. Przypałętał się nawet lokalny Hans Kloss, urodzony w Gdańsku, wychowany w Lubece, mówi po polsku i pracuje w Bundeswehrze. Jednakowoż pić uczył się w Niemczech, spił się biedak jak Messerschmitt (a nota bene robi w obronie przeciwlotniczej), zaczął się oświadczać i co nie tylko. Było dość śmiesznie.

Wczoraj natomiast było pożegnalne party Łukasza. Problemem był lokal, bo trwa sesja i nie wolno robić imprez w akademikach, Niemcy zabronili i koniec dyskusji. Wystawiliśmy więc co się da z naszej kuchni, zaopatrzyliśmy się w jedzenie-oczywiście za dużo- Magda zrobiła sałatkę, ja upiekłam niepoprawnie politycznego Murzynka a o 20 zaczęliśmy czekać na gości. Przybywali falami, robiło się coraz głośniej, coraz ciaśniej, coraz później. Było przesympatycznie, ale spodziewaliśmy się niezapowiedzianej wizyty sąsiada. Mamy tu takiego lokalnego głupka, ostatnio w sobotę wpadł o 22:59 żeby zapowiedzieć, że za minutę kończymy imprezę. Mówimy na niego Hans, bo jest świńskim blondynem i lubi krzyczeć po niemiecku. Wleciał też wczoraj z tym swoim histerycznym błyskiem w oku, bo rzekomo jego dzieci nie mogą spać przez naszych gości na balkonie. Pokrzyczał, pokrzyczał, Ruhe bitte, Polizei, raus, raus i poszedł. Impreza skończyła się ogólnym sukcesem, goście poszli w miasto i wychwalali gościnność Schaeffbraeustrasse. To by się zgadzało, u nas każdy czuje się jak u siebie, zwłaszcza sąsiad. To chyba pogwałcenie miru domowego, tak sobie wbijać do obcych w końcu ludzi wieczorami i krzyczeć. Może my powinniśmy zadzwonić po policję.

Zaprosiliśmy też wyżej wspomnianego polskiego-niemieckiego żołnierza. Oli był oczywiście pod wrażeniem polskiej organizacji i gościnności ("taki efekt przy tak skromnym budżecie"), absolutnie rozczulił mnie tekstem: "Ale gdzie są kapcie dla gości?". Jeszcze tego brakuje, żebyśmy kazali ściągać buty przy wejściu:)

Dziwnym trafem kuchnia wyglądała po imprezie lepiej niż przed. A rano Santtu zapytał jak się udało party, bo zasnął jak dziecko o 21.

A w sobotę pewnie znów będzie impreza w naszej legendarnej kuchni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz