Serwus!
Zeszło mi od ostatniego wpisu. W piątek była impreza, w sobotę była impreza, niespodziewanie wczoraj z niczego zrobiła się impreza i długie nocne Polaków rozmowy. A dziś przez pół dnia chorowałam.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują nieuchronny koniec semestru. Bo i egzaminy i co chwilę pożegnalne imprezy, a kalendarz też nie chce pomóc. Więc próbujemy jeszcze wycisnąć co się da i przede wszystkim pozwiedzać co warto.
W sobotę byłyśmy w Bambergu. Kolumbijka, Rosjanka, Włoszka, dwie Polki. Pogoda odpowiednia, zwłaszcza na tę ilość chodzenia. Piękne miasto, coś jak Rzym albo Wenecja. Zupełnie nieniemieckie, a zwłaszcza niebawarskie- to już Frankonia. Więc zamiast piwa piją wino, na zboczach pagórków rosną winorośle. Architektura monumentalna, ale właśnie bardziej w południowym stylu. Poza tym wszędzie mostki, woda wdziera się w najdziwniejsze miejsca. Całość przedstawia się niezwykle romantycznie i fotogenicznie. A poza tym, z Bambergiem łączy się wspaniała część wielkopolskiej historii.
W I połowie XVIII wieku, wsie otaczające Poznań były wyludnione w skutek wojen i epidemii. Jeden z biskupów, podczas podróży w okolice Bambergu właśnie, zobaczył, że tamtejsi rolnicy nie mają gdzie pracować- panował zakaz podziału majątków rolnych pomiędzy dzieci. Reasumując- u nas była ziemia, tam byli bezczynni ludzie, którzy nota bene byli świetnymi fachowcami. Władze Poznania zaprosiły więc osadników niemieckich aby osiedlili się na opuszczonych terenach. Warunkiem koniecznym była święta wiara katolicka. Przyjechali więc, w kilku falach, z czego pierwsi osiedlili się w Luboniu. Są na to papiery. Zaczęła się praca, zaczęło się życie, zaczął się "cud polonizacyjny". Pożenili się z Polkami, w kościele też tylko po polsku, widocznie było im u nas dobrze, skoro wkrótce zaczęli uważać się za Polaków. Nie zmieniły tego wojny, powstania, Kulturkampf. A słowo bamber stało się synonimem dobrego, bogatego gospodarza. Później zmieniło wydźwięk na mocno pejoratywny. ("Po czym poznać bambra w lecie? Po berecie"). Uwaga modowo- folklorystyczna. Właściwie nie ma ludowego stroju poznańskiego lub wielkopolskiego. Przyjęło się, że są Bamberki, są zwłaszcza na Boże Ciało albo na Święto Bamberskie, ale wszyscy wiedzą jak wygląda odświętny strój. Z kolei Bamberka na Starym Rynku nosi typowy strój codzienny, przecież nie będzie nosić wody z tym majdanem na głowie i w koralowych koralach koloru koralowego. Poniżej opis, ze zdjęciami. http://www.poznan.pl/mim/turystyka/stroj-bamberski,p,4791,4793.html
I właśnie o te zdjęcia się rozchodzi, bo są gdzieś w rodzinnych albumach zdjęcia prababć, które właśnie tak wyglądają. Nie ma w tym powodów ani do specjalnej dumy, ani do wstydu, ale czy to nie jest fantastyczne, mieć pewność, skąd pochodzi część rodziny? Ostatnio jakość szczególnie fascynuje mnie bamberska historia i jak babcia mi mówi, że mam bamberską bluzeczkę, to jest mi miło. I marzą mi się koralowe korale.
Fajnie wiedzieć co się działo z rodziną w 1719, trochę wody w Warcie upłynęło, a jednak są dokumenty i jest zupełnie niezwykła historia. Pozdrawiam w tym miejscu "prawdziwych Polaków" i innych domorosłych genealogów, dla których każde nazwisko kończące się na "ska/ski" to jest już oznaka nie wiadomo jakiego szlachectwa i prapiastowskiego pochodzenia.
Trochę mnie chwyciła nostalgia w ostatnią sobotę i przypomniał mi się Henri Lewandowski, którego oprowadzałam w kwietniu po Poznaniu. Usiedliśmy nad pyzami, prawie ze łzami w oczach zapytał po polsku: "Ja się tylko pytam, dlaczego oni wyjechali?". Dla chleba, Panie, dla chleba... W każdej rodzinie są historie emigracyjne, kiedyś ludzie przemieszczali się przynajmniej tak samo często jak teraz. A nie było samolotów.
Ściskam mocno!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz