środa, 30 maja 2012

To wcale nieprawda, że ja nie lubię gór!

Wraża propaganda głosi, jakobym nie znosiła chodzenia po górach. Dementuję. Co prawda, nie mam tego we krwi, nie robię tego często ani pewnie z właściwym namaszczeniem, ale doceniam góry jako formę ukształtowania terenu. Ja po prostu jestem jak żaba z dowcipu i "się nie rozerwę", albo na Mazury albo w góry, nie mam helikoptera, a PKP działa jak działa. Jak już się okazało, że dojedzie odpowiednie obuwie, wyraziłam entuzjastycznie chęć wyjazdu z KHG. Słowo stało się ciałem i w niedzielę o 7 rano, po dość pośpiesznym poranku, stawiłam się na miejsce zbiórki.

Pojechaliśmy, kierunek Monachium a potem trochę w bok. Zawsze mi głupio jak muszę poprawiać mężczyzn, zwłaszcza w czynnościach tak skrajnie "niekobiecych" jak czytanie mapy. No więc siedziałam cicho. Przez GPS pobłądziliśmy, ale w ostateczności wszyscy zajechali na miejsce. http://www.lyra-alm.de/images/spitzingsee.jpg Około dziesiątej ruszyliśmy. Szło się niezgorzej, plecaki tylko dwudniowe, systematycznie opróżniane z prowiantu. Mi powoli ustępował alergiczny katar, przychodziło za to coraz więcej nowych niemieckich zwrotów, musiałam się przemóc i zacząć mówić. Po około dwóch godzinach byliśmy u celu, schronisko: http://www.rotwandhaus.de/.

Dla dodatkowej informacji, grupa liczyła 12 osób, 3 dziewczyny, reszta panów. Prowodyrem zamieszania i przewodnikiem stada był Peter. Peter jest super.

Jeszcze w niedzielę wybraliśmy się w dalszą drogę. Myślałam, że mam przewidzenia gdy wchodząc na górę zauważyłam lamę. Potem drugą, trzecią i czwartą. http://www.youtube.com/watch?v=zRozKfYGFVc&feature=fvwrel Okazało się, że ktoś hoduje sobie lamy w tych okolicach i czasem trzeba je zabrać na spacer. Jak mi nic w życiu nie wyjdzie, pojadę paść lamy. Niekoniecznie trzeba jechać aż w Andy.

Bardzo dobrze było, niespodziewanie stworzyła się grupa. Mogłam nawet podzielić się moją małą paranoją...Otóż, za każdym razem gdy w Niemczech słyszę przelatujący samolot ( a jako osoba zamieszkująca korytarz powietrzny F-16 z Krzesin, jestem na tym punkcie wrażliwa), mam dziwne uczucie. Śmiali się ale zrozumieli. Super się bawiłam. Nie jest mi oczywiście łatwo z tym, że dla mojego dobra mówi się do mnie głównie szybko i po bardzo bardzo niemiecku. Rozumiem wciąż pewnie połowę z tego co powinnam, jednakże chyba nie ma innego wyjścia... Dziś za to Simon powiedział, że jestem mocniejsza w niemieckim niż mi się wydaje. Kolejny komplement, chyba nadmę się jak balon i odlecę.

Wróciłam w poniedziałek późnym popołudniem. Bardzo chcę wrócić jeszcze w Alpy Bawarskie. Są urzekające. A świstaki? Nie da się tego z niczym porównać. Pewne jest jedno- góry da się lubić.

Aneczka- dzień 3.

Sobota!

Dwa śluby, koncert organowy, sesja zdjęciowa w ogrodzie dawnej Akademii Medycznej w Ingolstadt. Szczególnie interesująco wypadł ślub bawarski- była orkiestra, przemarsz gości i zdaje się wszystko zaczęło się  od nasiadówki w ogródku piwnym. Urocze.

W sobotę zaliczyłyśmy kolejne punkty obowiązkowe- znów zakupy- przeciwalergiczne i przeciwsłoneczne, kebab od Turasa, trochę porządku przy sobocie. Po południu upiekłam ciastka, Aneczka zrobiła sałatkę, poszłyśmy na jakąś godzinkę-dwie na grilla do akademików. Ale już trzeba było iść na dworzec. Tam oczywiście autobus się spóźnił, pan kierowca po męsku porozmawiał z jednym panem typu "wąsaty majster" i w rezultacie niedoszły pasażer nie pojechał tego dnia do Polski. Rozmowa została przeprowadzona wzorowo, pan sam się przyznał, że spożywał alkohol, a to oczywiście jest sprzeczne z regulaminem podróży. Pomachałam siostrze i z lekkim żalem w sercu wróciłam do domu. Po rower. Pokręciłam się jeszcze trochę po trasie Munzberg- Schaeffeabrau, umyłam naczynia...Jednak myślami byłam już przy kolejnym wspaniale zapowiadającym się dniu. Czekały mnie góry.

Wizyta Aneczki była świetna, mam nadzieję, że jeszcze tu do mnie przyjedzie.

Aneczka- dzień 2.

Dzień drugi zaczął się od zmiany planów. Nie miałam serca budzić twardo śpiącej siostry i odpuściłam wizytę w Asamkirche (http://de.wikipedia.org/wiki/Asamkirche_(Ingolstadt)), pojechałyśmy do Monachium pociągiem o 10 rano.Podróż przebiegła pomyślnie, siostra oczywiście zdziwiła się gdy nasi sąsiedzi postanowili wypić sobie legalnie i jak gdyby nigdy nic piwko w pociągu. Wysiadłyśmy na dworcu i poszłyśmy gdzie nas nogi niosły. Pomału przypominałam sobie gdzie byłam i co widziałam. Jednak bez tłumu czerwonych kibiców miasto wyglądało zupełnie inaczej. Został zaliczony obowiązkowy punkt programu- McDonald's na "kawę i siku", potem zaczęło się zwiedzanie kościołów- co jeden to bardziej zapierający dech w piersiach- kilka sklepów też trzeba było zahaczyć. Nowy Ratusz i centrum informacji turystycznej, w końcu wiedziałyśmy gdzie i co warto jeszcze zobaczyć. Tak więc poszłyśmy. Na wursta na Viktualienmarkt, na piwo w Hofbraeuhaus, przejechać się metrem i pochodzić po Maximilianstrasse- tu można poczuć się jak co najmniej w Paryżu. Miasto jest zachwycające, ale takim zachwytem na granicy nienawiści. Zaczyna się zazdrościć Niemcom rozmachu, pomysłu, bogactwa dawnych wieków i precyzji rekonstrukcji. Trudne, monumentalne piękno. Teutońska potęga w całej okazałości,wszechobecny, tryumfalny germański styl.

Do muzeów nie wchodziłyśmy, nie widziałyśmy też wioski olimpijskiej ani muzeum BMW. Poszłyśmy za to na długi spacer do Ogrodu Angielskiego. Tam spotkałyśmy sporo dziwaków. A to jakiś starszy pan przechadzał się po trawniku ubrany tylko w czapkę z daszkiem... A to "czarny murzyn w białym dresie" z kolegą chcieli się dowiedzieć co u nas słychać. Na marginesie- to akurat wina Aneczki i jej iście słowiańskiej urody, ze szczególnym uwzględnieniem blond włosów. Tak czy inaczej, spławiłam gości koncertowo, mówiąc tylko i wyłącznie po polsku. "Kajne dojcz, kajne englisz, kajne francuzisz, tylko po polsku". Nie będą mi tu siostry bałamucić. Od Aneczki mi wara, zwłaszcza teraz gdy w końcu dojrzałam do posiadania szwagra, ale tylko tego jednego konkretnego:) Wyczerpane, pojechałyśmy jeszcze obejrzeć dość dziwaczny kompleks budynków w stylu antycznej Grecji. Dobrze było w końcu wsiąść do pociągu. Znów był zatłoczony, zaczynał się długi weekend.

W mieszkaniu super, Aneczka zakolegowała się z kolegami inżynierami:) Dopytywali się dziś czy wszystko u niej ok. W piątek działałyśmy jeszcze trochę przy rowerze, to była zasadnicza misja. Wygląda już trochę lepiej, jeszcze odrobina czerwonego lakieru do paznokci i będzie totalnie stylowo.

W piątek zaczynał się też Folksfest, miasto opanowała młodzież w tradycyjnych strojach. Piwo, kiełbaski i wesołe miasteczko. Wyrafinowana rozrywka dla całej rodziny.

wtorek, 29 maja 2012

Aneczka- dzień 1.

Moja siostra przyjechała do mnie na "trzy dni i dwie noce" zgodnie z moją dziecięcą terminologią. Nad ranem w czwartek odebrałam ją z dworca i zaczęła się ekscytująca eskapada po Ingolstadt. Plan był dość napięty, ale organizator okazał się nawet elastyczny. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo się stęskniłam.

Aneczka, zgodnie z przewidywaniami, była zaszokowana warunkami w naszym mieszkanku. Starałam się dość porządnie posprzątać, jednak nic nie uszło uwadze mojej najlepszej na świecie siostry. Drzwi istotnie mam brudne:) Ania zrobiła niezbędne zakupy, trochę pochodziłyśmy po mieście, pokazałam jej uczelnię, wszystkie możliwe kościoły, moją Normę.

To fantastyczne uczucie, po tak długim czasie samodzielnego gotowania, w końcu mieć podany obiad. I jak ktoś się zatroszczy o zakup czegokolwiek na alergię w aptece. Super jest mieć starszą siostrę.

Pierwszy dzień zakończył się długą przejażdżką nad jezioro. Oczywiście, nie obyło się bez przygód, bo tylko nam mogą stanąć na drodze-i to dosłownie- dzikie kaczki. Cholery w ogóle się nie bały, za to my się bałyśmy, że nas pobodą ("gęsi za wodą, kaczki za wodą, uciekaj dziewczyno, no cię pobodą!"), więc zmieniłyśmy trasę. Po całym dniu spało się więc wyjątkowo dobrze, a kolejny miał przynieść nowe atrakcje.

Bis bald!

poniedziałek, 28 maja 2012

Przemysław,chopia, a ty godosz po naszymu?

Serwus!

notek nie ma, ale wszystkie są w głowie. Pojawią się wkrótce, w kolejności chronologicznej.

Była środa, zajęcia, a potem porządne rowerowanie z Magdą. Po wszystkim usiadłyśmy w akademikowym ogrodzie z sałatką i winem. Tradycyjnie już zaczęłyśmy obserwację uczestniczącą wśród niemieckich studentów. Chłopcy i dwie dziewczyny z Fachhochschule akurat robili sobie grilla. Jak zwykle- one stały, oni siedzieli i tak dalej i tak dalej, nie bawią się nawet w pozory dżentelmenerii. My bez skrępowania komentowałyśmy ogólną bylejakość stosunków tu panujących, ze szczególnym uwzględnieniem beznadziejności chłopców. I tak sobie narzekamy, narzekamy, raz po raz przychodzi do nas Julian, czaruś z niego nieziemski, ale kompletnie mu nie wychodzi. Mówi w pewnym momencie: "A my tu mamy Polaka!". Zapanowało krępujące milczenie. Julian zawołał "Jimmiego". Przychodzi taki chłopaczek z cicha pęk i się przedstawia- "Przemysław". Na całe szczęście opanowałyśmy z Magdą wybuch spazmatycznego śmiechu. Okazało się, że to prawdziwy Polak ze Śląska, konkretnie z Tychów. No i tak zamiatał gwarą, jeszcze kompletnie zniemczoną... I ponoć nie słyszał jak rozmawiałyśmy. Kamień z serca. Mam dużą słabość do Ślązaków, porozmawiałam sobie z Przemysławem o życiu i niemieckiej wódce, mniej więcej co dwa zdania śmiałam się w głos, on tak cudownie godoł. Musiałam się jednak wcześnie zwinąć bo następnego dnia rano przyjeżdżała Aneczka.

O wizycie siostry i górach jutro. Na marginesie- dziś drugi dzień Zielonych Świątek, w Niemczech wolne. A jutro mamy dodatkowe wolne na uczelni. Pozdrawiam...:)


wtorek, 22 maja 2012

"Who the f*ck is Chelsea London?"

Śpiewały raz po raz grupki pijanych chyba od świtu kibiców Bayernu. Dziś będzie notka o tym co było w sobotę i w nocy z soboty na niedzielę.

Kiedy tylko skończyły się karne w meczu Real-Bayern było jasne- na finał jedziemy do Monachium. Skrzyknęliśmy ekipę, żeby najtaniej możliwie pojechać pociągiem (Bayern Ticket opłaca się dla 5 osób, wtedy można na nim podróżować całą dobę prawie a wychodzi po 6 euro na głowę) i zaopatrzeni we wszystko co niezbędne, ruszyliśmy w sobotę ok. 15. Podróż "tam" minęła komfortowo i swobodnie, dopiero na dworcu okazało się co nas czeka. Nieprzebrane tłumu ludzi, większość już lekko "wcięta", pomalowani, poubierani, w nastrojach bojowych. Mieliśmy nadzieję na jakiekolwiek miejsce gdzie oprócz atmosfery byłby także ekran z transmisją. Szybko okazało się, że nie wszyscy w grupie mieli takie preferencje, więc z początkowej dwudziestki została nas ósemka. Po dość długich poszukiwaniach, zagadywaniu do Niemców i niemieckiej Polizei, traciliśmy nadzieję-nawet do pubów trzeba było mieć bilet. Transmisji publiczne, na wolnym powietrzu nie było nigdzie w ścisłym centrum miasta. Zapowiadało się nieciekawie, czas uciekał i zostało tylko 3 godziny do rozpoczęcia meczu. W końcu udało się, były dla nas miejsca w irlandzkim pubie- ale i tu przeważali kibice Bayernu. Zanim zaczął się Mecz, był Heineken Cup w rugby. To jest sport!:)

Kto widział mecz, ten wie. Emocje były, była też przewaga Bayernu przez większość czasu. Ale sport jest jaki jest, takie jest też życie, niewykorzystane sytuacje się mszczą. Na karnych wszyscy wstali z miejsc, już byli w ogródku, już witali się z gąską...

- Czy wiesz jak włożyć korek od szampana z powrotem do butelki?
- Nie, ale zapytaj kibiców Bayernu. 

Potem zapadła cisza. Z któregoś rogu sali odezwali się kibice Chelsea. Jakiś pan- nie wyglądał na Niemca- poszedł i mnie przytulił. Urocze. 

Zbieraliśmy się więc do powrotu. Nie bez satysfakcji patrzyliśmy z Łukaszem na przybitych i rozbitych Niemców. Miasto tonęło w śmieciach, ale było spokojnie- pełna policyjna obstawa. Oczywiście, Anglicy jak zwykle pokazali klasę... Mówiłam już, że bardzo się cieszę, że mnie ominie Euro 2012? Właśnie min. z powodu głośnych, chamskich kibiców. 

Ostatni pociąg do Ingolstadt mieliśmy o 00.30. Napakowany ludźmi jak pestka w godzinach szczytu. Między innymi z powodu tłoku powstało niebezpieczeństwo konfliktu międzynarodowego. Jechali oczywiście Niemcy, ale też głośna grupa Francuzów. Jak ci się nadzierali, to się nie dzieje. Niemcy na nich po swojemu- zero reakcji. Próbowali po angielsku, ale pijani Francuzi są jeszcze mniej chętni do komunikowania się w tym języku niż zwykle. Także najpierw zaryczeli Marsyliankę a potem przyśpiewki stadionowe przez całą godzinę. A myśmy z Łukaszem, Olgą i Maxem rozmawiali mieszanką polskiego i rosyjskiego, nas nikt się nie czepiał bo każdy się "Rusków" boi. 

Tak upłynął dzień, wieczór i poranek tamtego dnia. A rano słońce wstało jak gdyby nigdy nic. 

niedziela, 20 maja 2012

KKK cz.3 Kirche

Wszyscy spodziewali się dziś raczej notki o przegranym meczu i ekscytującej wyprawie do Monachium. Będzie, ale w swoim czasie, może jak opadną emocje. Bo jest Dzień Pański i warto w końcu dopełnić cyklu wpisem o niemieckim Kościele.

Chciałam napisać 17 maja, ale czasu nie wystarczyło. 17 maja 1998 miała miejsce moja pierwsza Komunia Święta i wtedy to właśnie otwarła się przede mną nowa Rzeczywistość (abstrahując od bieżącej dyskusji o rozumieniu Tajemnicy przez dzieci w wieku lat 9). Z samego dnia pamiętam niewiele, ale był przełomowy. Szczęśliwie, tamto doświadczenie może być powtarzane codziennie, w każdym prawie zakątku świata i nie zmienia to Istoty rzeczy. Tak więc i w Niemczech wierzę i praktykuję, jest inaczej, czasem zupełnie odlotowo, mistycznie wprost. Czasem bywa ciemno, zimno, do domu daleko, ale...

"I nie zostało mi nic prócz Boga- 

to znaczy
zostało wszystko

jeżeli wierzysz" 

Ryszard Kapuściński, "Notes" 

Bezpośrednim impulsem do napisania tego wpisu była msza niedzielna, z której właśnie wróciłam. Nie było łatwo wstać (złapaliśmy ostatni pociąg o 00.30, w Ingolstadt byliśmy ok. 3), ale opłaciło się. Poza wszystkim, to była msza z bierzmowaniem, więc był i miejscowy biskup. Ale nic z "przenajwielebniejszy księże biskupie" tych rzeczy. Śpiewali gospel- gospel po niemiecku nie brzmi wcale- dzieci jakieś młodsze, pogodna atmosfera, pełen kościół, a zapełnić Muenster nie jest łatwo. I pod koniec pomyślałam sobie, że jeśli doczekam momentu kiedy "u nas", pod koniec mszy z udziałem Przełożonego, ksiądz proboszcz wykona z towarzyszeniem gitary amerykańską piosenkę gospel, to będzie to bardzo dobry znak potwierdzający "znormalnienie" polskiego Kościoła. 

Kościół niemiecki jest bogaty. W Ingolstadt zarabia na prowadzeniu akademików, jezuici wciąż zajmują się tu oświatą oraz mają swoją własną rozlewnię wód. Mało mam możliwości rozmów ze "zwykłymi" katolikami, ale domyślam się jaka może być ich percepcja. A może to tylko w Bawarii sytuacja finansowa jest aż tak dogodna. 

Moja uczelnia, jako jedyna w niemieckojęzycznych krajach, ma w nazwie "katolicka". W Ingolstadt tego nie widać, ponoć na kampusie w Eichttaet bardziej, kiedyś w końcu będę musiała tam pojechać, ponoć samo miasto jest urocze. Co jest i działa bardzo dobrze również w Ingolstadt to Katholische Hochschulgemeinde, najprościej tłumacząc, katolickie stowarzyszenie studentów. Wbrew-również moim- obawom, nie jest bardzo "katolicko" to znaczy- są również spotkania ekumeniczne, nikt nikogo o akt chrztu nie prosi, nie ma zakochanych w księdzu dziewuszek w spódnicach za kolano. Zazwyczaj przeważają panowie. Za pierwszym razem to był szok, teraz już się przyzwyczaiłam. Wszyscy są sympatyczni i bardzo się cieszę na przyszłotygodniowy wyjazd w góry. Może być tylko lepiej! 

A poza wszystkim jest Wspólnota. O tych ludziach może kiedy indziej, bo każde nasze spotkanie to taka radość! 

Kościół jest częścią mojej rzeczywistości, tak jak ja jestem częścią Kościoła. 

Serdeczności!