wtorek, 5 czerwca 2012

Być kobietą, nie być babą.

Hallo!

Tydzień ledwo się zaczął, za chwilę się skończy. I znów będzie długi weekend. Zapowiada się najlepiej, bo Basiowo. I z Basiową ekipą. A jeszcze jutro kolejna prezentacja i degustacja wina z KHG.

A poprzedni weekend też udany.  Piątek z ekscesami, bo to Dzień Dziecka. Poszaleli co niektórzy. A potem posnęli. W sobotę zakupy, gotowanie i wyjazd do Monachium. Była impreza u Anny i reszty dziewczyn. Bardzo udany wieczór, wytańczyłam się jak już dawno nie. Rozwiązałam również zagadkę lingwistyczną. W języku niemieckim, czasowniki ruchu odmieniają się w czasie przeszłym z czasownikiem "być". Także "byłam biegałam, byłam wstałam", ale "miałam tańczyłam". Bo Niemcy, a chyba Niemki zwłaszcza, to tak tańczą- nie tańczą. I może "mieli tańczyć", ale nie "byli tańczyli". Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, na parkiecie dominowali panowie. Obstawa zresztą mocno międzynarodowa. Łotysz, Brazylijczyk, Francuz, dzielni reprezentanci BRD. Pań było mniej. Aż mi się żal chłopców zrobiło, ale niczym żaba z klasycznego Verbowego dowcipu "przecież się nie rozerwę". Buty postradałam! Wspaniała impreza, dobra muzyka, jedzenia i picia w bród, towarzystwo wybitne. A w niedzielę po kościele wróciłam do domu z Reginą i trzema innymi osobami. Bilet się opłacił. Na dworcu czekała mnie niemiła niespodzianka- kompletny kapeć w przednim kole. Trochę mi się przedłużyła droga do domu, wróciła alergia, wyglądałam i czułam się jak ostatnia sierota.

W niedzielę nic się nie dało zrobić, poszukałam co nieco w internecie i postanowiłam nie poddać się tak łatwo. Próby samodzielnego załatania dętki nie przyniosły spodziewanych rezultatów, poprosiłam więc dzisiaj jednego z Muminków żeby się tym zajął. Mam nadzieję, że wystarczy mu czasu w weekend. Wahałam się czy nie zawracać jeszcze komuś głowy, ale chyba nie umiem robić z siebie cielątka. Przypomniały mi się słowa pana Zbyszka (miałam u niego kilka lekcji przed egzaminem na prawo jazdy i myślę, że wspólnym wysiłkiem Taty, jego i moim, udało się zdać za drugim razem!:), powiedział mi, że dzieli kobiety na "kobiety" i "baby". "Baby" nie potrafią jeździć samochodem. I są takie właśnie "babskie". Różnie bywa z tym moim prowadzeniem auta, zwykle przy cofaniu/parkowaniu jest nawet fatalnie, ale w innych sytuacjach staram się nie zachowywać jak taka właśnie "baba". Między innymi dlatego, że mężczyźni na to nie zasługują. Co innego "faceci". "Faceci" to "świnie".
W podobnym tonie wyraziła się też ostatnio Magda. Narzekałam jej, że zdarza mi się siedzieć pół wieczoru z pustą szklanką, bo panowie nie mają w zwyczaju proponować paniom nic do picia. Przecież mogą sobie same sięgnąć flaszkę. Magda, jak to przyszły licencjat, a kto wie czy nie więcej, germanistyki, broniła Niemców. "Skąd oni mają wiedzieć jak się traktuje kobiety. Widziałaś ostatnio na ulicy jakąś kobietę? Ale kobietę, nie babę? No właśnie."

Niczym dwustuprocentowa kobieta (bo po poznańsku oszczędna i po bawarsku od serca gotująca), zrobiłam z wyschniętych na kamień bułek knedle szpinakowe. Wyszły chyba całkiem dobre. Może jutro podrzucę ekspertom do degustacji. Sporo z tym zabawy, ale satysfakcja gwarantowana. A przy okazji, to danie tanie jak barszcz. Widział tu ktoś kiedyś buraki?

1 komentarz: