poniedziałek, 9 lipca 2012

Ojcoland ponad wszystko

Serwus!

Zeszło mi od ostatniego wpisu. W piątek była impreza, w sobotę była impreza, niespodziewanie wczoraj z niczego zrobiła się impreza i długie nocne Polaków rozmowy. A dziś przez pół dnia chorowałam.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują nieuchronny koniec semestru. Bo i egzaminy i co chwilę pożegnalne imprezy, a kalendarz też nie chce pomóc. Więc próbujemy jeszcze wycisnąć co się da i przede wszystkim pozwiedzać co warto.

W sobotę byłyśmy w Bambergu. Kolumbijka, Rosjanka, Włoszka, dwie Polki. Pogoda odpowiednia, zwłaszcza na tę ilość chodzenia. Piękne miasto, coś jak Rzym albo Wenecja. Zupełnie nieniemieckie, a zwłaszcza niebawarskie- to już Frankonia. Więc zamiast piwa piją wino, na zboczach pagórków rosną winorośle. Architektura monumentalna, ale właśnie bardziej w południowym stylu. Poza tym wszędzie mostki, woda wdziera się w najdziwniejsze miejsca. Całość przedstawia się niezwykle romantycznie i fotogenicznie. A poza tym, z Bambergiem łączy się wspaniała część wielkopolskiej historii.
W I połowie XVIII wieku, wsie otaczające Poznań były wyludnione w skutek wojen i epidemii. Jeden z biskupów, podczas podróży w okolice Bambergu właśnie, zobaczył, że tamtejsi rolnicy nie mają gdzie pracować- panował zakaz podziału majątków rolnych pomiędzy dzieci. Reasumując- u nas była ziemia, tam byli bezczynni ludzie, którzy nota bene byli świetnymi fachowcami. Władze Poznania zaprosiły więc osadników niemieckich aby osiedlili się na opuszczonych terenach. Warunkiem koniecznym była święta wiara katolicka. Przyjechali więc, w kilku falach, z czego pierwsi osiedlili się w Luboniu. Są na to papiery. Zaczęła się praca, zaczęło się życie, zaczął się "cud polonizacyjny". Pożenili się z Polkami, w kościele też tylko po polsku, widocznie było im u nas dobrze, skoro wkrótce zaczęli uważać się za Polaków. Nie zmieniły tego wojny, powstania, Kulturkampf. A słowo bamber stało się synonimem dobrego, bogatego gospodarza. Później zmieniło wydźwięk na mocno pejoratywny. ("Po czym poznać bambra w lecie? Po berecie"). Uwaga modowo- folklorystyczna. Właściwie nie ma ludowego stroju poznańskiego lub wielkopolskiego. Przyjęło się, że są Bamberki, są zwłaszcza na Boże Ciało albo na Święto Bamberskie, ale wszyscy wiedzą jak wygląda odświętny strój. Z kolei Bamberka na Starym Rynku nosi typowy strój codzienny, przecież nie będzie nosić wody z tym majdanem na głowie i w koralowych koralach koloru koralowego. Poniżej opis, ze zdjęciami. http://www.poznan.pl/mim/turystyka/stroj-bamberski,p,4791,4793.html

I właśnie o te zdjęcia się rozchodzi, bo są gdzieś w rodzinnych albumach zdjęcia prababć, które właśnie tak wyglądają. Nie ma w tym powodów ani do specjalnej dumy, ani do wstydu, ale czy to nie jest fantastyczne, mieć pewność, skąd pochodzi część rodziny? Ostatnio jakość szczególnie fascynuje mnie bamberska historia i jak babcia mi mówi, że mam bamberską bluzeczkę, to jest mi miło. I marzą mi się koralowe korale.
Fajnie wiedzieć co się działo z rodziną w 1719, trochę wody w Warcie upłynęło, a jednak są dokumenty i jest zupełnie niezwykła historia. Pozdrawiam w tym miejscu "prawdziwych Polaków" i innych domorosłych genealogów, dla których każde nazwisko kończące się na "ska/ski" to jest już oznaka nie wiadomo jakiego szlachectwa i prapiastowskiego pochodzenia.
Trochę mnie chwyciła nostalgia w ostatnią sobotę i przypomniał mi się Henri Lewandowski, którego oprowadzałam w kwietniu po Poznaniu. Usiedliśmy nad pyzami, prawie ze łzami w oczach zapytał po polsku: "Ja się tylko pytam, dlaczego oni wyjechali?". Dla chleba, Panie, dla chleba... W każdej rodzinie są historie emigracyjne, kiedyś ludzie przemieszczali się przynajmniej tak samo często jak teraz. A nie było samolotów.

Ściskam mocno!


czwartek, 5 lipca 2012

Ku! jak kuchnia.

Dzień zaczął się od późnego śniadania z literacką aluzją. Małdrzyki Kreski. Pycha.

Rok temu w lipcu, Małgorzata Domagalik podzieliła się z czytelniczkami "Pani" przepisem na zupę pomidorową dla Mężczyzny Idealnego. Zabrałyśmy się wtedy z Mamą i Aneczką za masową produkcję słoików z zupą ową na zimę, żeby nasz Tata miał co jeść. A my przy okazji. Pamiętałam, że to taki nieskomplikowany, a efektowny przepis, więc pierwsza myśl kiedy zachciało mi się zupy nie-instant to właśnie owa pomidorowa. Przez ułamek sekundy myślałam czy by nie zaprosić Kogoś na obiad, ale szybko mi przeszło.

Zupa wyszła i owszem, smakuje nawet w towarzystwie li i jedynie ekranu komputera i przy akompaniamencie stosownym:
http://www.youtube.com/watch?v=cRc3c_WD7RY
http://www.youtube.com/watch?v=BlxelewpCY4
http://www.youtube.com/watch?v=RFzyYYZsxGc

ale sporo mnie to kosztowało. Makijaż spłynął mi już przy obieraniu cebuli, mam pomarańczowe dłonie od marchewki... Najgorsze są jednak trzy ślady poparzenia. Taka jestem żona popa (błahaha). Ręce ok, ale dekolt? Co ja sobie myślałam kiedy z rozmachem przelewałam zawartość garnka do robota kuchennego. A potem jeszcze zamknięcie od owego ustrojstwa dwa razy mi odskoczyło, obryzgując krwistą mazią mnie i pół kuchni.

Nazwa przepisu powinna być ostrzeżeniem. Nie należy myśleć o Panu Idealnym w czasie gotowania. Grozi śmiercią lub kalectwem.


wtorek, 3 lipca 2012

Ponieważ ewidentnie muszę się uczyć.

Postanowiłam, wbrew wcześniejszym postanowieniom, napisać dziś osiem zdań na blogu. A potem zacznę się uczyć.

Wieje wiatr od pól, czuć zapach obornika po deszczu.

Był egzamin, jakoś poszło.

Jeśli kręcisz już się po mojej kuchni, pieprzony jeden z drugim maharadżdżo, chociaż tu nie mieszkasz i wcale nie powinno cię tu być tak często jak jesteś, bo jesteś praktycznie codziennie, to tak- wymagam od ciebie żebyś powiedział mi chociaż "hi" i wychodził z inicjatywą rozmowy, a jeśli z jakiegoś powodu nie rozmawiasz, to do ciężkiej cholery, powiedzże chociaż "sorry" jak chcesz włożyć coś do piekarnika, który chwilowo przesłoniłam, bo ja nie jestem bogini Śiwa i mam tylko dwie ręce i dwoje oczu, więc nie muszę widzieć, że akurat przestępujesz z nogi na nogę, bo chcesz coś zrobić, a nie możesz, no i nie mów, że ci religia zabrania odzywać się do niezamężnych kobiet albo coś, bo po pierwsze nie wiesz czy jestem niezamężna bo nigdy nawet ze mną nie rozmawiałeś, a po drugie witamy w Europie.

To tak tyle w temacie "Agata jest rasistką". Wcale nie jestem, wkurza mnie tylko elementarny brak kultury, europejskiej kultury w europejskim kraju.

Nie wiem czy z takim podejściem zaliczę ten cały "Marketing międzykulturowy."

niedziela, 1 lipca 2012

Pozory mylą

Od kilku dni codziennie wieczorami/ nocami grzmi i leje. W ciągu dnia duszno i parno. Ciekawa tu jest sytuacja pogodowa, chyba przez rzekę, często burzę tylko widać, czasem popada przez minutę i po deszczu. Ale dla odmiany teraz też pada, a jest po południu. I trzaska po dachach. Rozważam zakup gromnicy.

Adam, mój współlokator z Węgier, zapytał ostatnio czy znam takie miasto jak Wolsztyn. Oczywiście, że znam, uważam, że w kategorii miast do 15 tysięcy mieszkańców, może konkurować jedynie z Mosiną:) Adam pojechał do Wolsztyna z orkiestrą. On taki niepozorny, na początku się wcale nie odzywał, a się okazuje, że to zupełnie ciekawy facet. A przy okazji czarująco się uśmiecha.

Meksykanie to zawsze byli dla mnie "małe brudasy w wielkich kapeluszach", okazało się, że po pierwsze bywają całkiem wyrośnięci, a po drugie zwykle nie chodzą w sombrero. Reszta by się zgadzała. Chociaż, kuchnia po wczorajszej imprezie wyglądała skandalicznie, udało im się w miarę ogarnąć. W całym domu pachnie jednak karkówką z grilla. Mogłoby pachnieć gorzej, biorąc pod uwagę nasze problemy z drożnością rur. Z dwojga złego, że zapach rozbudza apetyt niż wzbudza inne odruchy.

Były prezentacje, były imprezy, jest niedziela i trzeba się uczyć. Rano byłam na mszy z udziałem miejscowego chóru, byłam w szoku, że kościół pełen ludzi, ale przeszło mi gdy zobaczyłam, że sam chór liczy chyba z 80 osób. Muzycznie- bardzo godnie, brzmiało i echo grało. Przy tym atmosfera była jednak dość rodzinna i sympatyczna, a to "jubileusz" był. Nawet nie byli równo ubrani. A ponoć Niemcy...

Nowy tydzień, nowe wyzwania. Dwa egzaminy, potem się zobaczy. Tymczasem wracamy do meczu. Wieczorem będę się uczyć, ewentualnie zobaczę karne.

czwartek, 28 czerwca 2012

Poznański czerwiec, ciąg dalszy.

Był taki dowcip, ponoć ulubiony dowcip Dziadka.
Po budowie biega facet z pustą taczką. Ktoś go pyta: "Panie, co pan tak biega z tą pustą taczką?" 
A on na to: "Panie, tu mamy taki zapieprz, że nie ma kiedy załadować".
Dokładnie jakoś tak się teraz czuję. Bo chociaż nie mam sesji w klasycznym wymiarze, to najbliższe dni zapowiadają się dość intensywnie. Dopinamy projekty (a jeszcze mi się nie zdarzyło pracować nad czymś aż tak długo i drobiazgowo...eh te Niemki), w przyszłym tygodniu dwa egzaminy, a w weekend urodziny Julie i dwa mecze. Z czego ważniejszy jest ten o 14 w Warszawie. Będę z chłopcami całym sercem. Go go go Devils Wrocław:) 
Dodatkowo, są akurat "te dni w miesiącu", kiedy mamy dyżur sprzątania. Mamy z Danielem, ale z niego jest taki nygus nieziemski, że zawsze się wymiguje. Spróbuję tym razem podejść go sposobem. Jak z dzieckiem. 
Byłyśmy w weekend w Norymberdze. Przepiękne miasto. Nawet w niektórych zakątkach zupełnie nieniemieckie. Tym bardziej, że na ulicy można było usłyszeć każdy inny,poza niemieckim, język. Dużo Rosjan. Podejrzanie i niebezpiecznie dużo. 


Na tęsknotę za Poznaniem pomogło poniedziałkowe wyjście na koncert. Gdyby tak zamknąć oczy, mogło się nawet wydawać, że to Pod Pretekstem, a nie Burgerhaus w Ingolstadt. Panowie super grali, próchno na widowni nawet się pod koniec rozhulało. I zaczęli klaskać do rytmu. Kultura muzyczna w Niemczech stoi na naprawdę wysokim poziomie, ze spontanicznością jest gorzej. 
Zostało jeszcze parę tygodni a już powoli przypomina nam się o zakończeniu semestru, jakieś papierzyska czekają na podpisy, potwierdzenia, pieczątki. 


Za oknem gorąco, końcówka czerwca przecież. 28, 29...te ważne daty czerwcowe...Dla Poznania i dla nas, jutro urodziny Aneczki i imieniny Taty. I święto w katedrze,a potem feta w parafii. A my tu będziemy się uczyć na Cross Cultural Management. 
Chyba z tej świadomości nieuchronności nauki, trochę poprasuję. A potem zamiotę pustynię i zacznę się uczyć. 


Pozdrawiam, pod nosem nucąc niechcącą się odczepić piosenkę:http://www.youtube.com/watch?v=FCJgaPjy2vk

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Missing P.

Wyjechałam na Erasmusa również dlatego, że miałam dość P. Niby go kocham najmocniej na świecie, ale jak długo można... Ma tę zachodnią energię i wschodni styl bycia, wciąż potrafi mnie zaskoczyć, ale coś między nami jest nie tak. Od dłuższego czasu staram się wkraść w jego łaski, chcę żeby mnie docenił i odwzajemnił moje uczucie. Poświęcam mu czas, trwonię pieniądze, inwestuję w nasz związek. On raz mnie przyciąga, raz odtrąca. Kusi szerokimi perspektywami, potem każe zadowolić się byle czym. Daje nadzieję na sukces i szczęśliwe życie, ale chyba tylko dla zupełnie wyjątkowych osób. Z drugiej strony, będąc tu doceniam bardziej jego zalety. Brakuje mi go, tego, że w nim wszystko jest tak jak być powinno. Jest tak samo otwarty jak konserwatywny. Z rozmachem, ale wciąż rodzinny, kameralny. I mieszczański i szalony. Ma swoje zakazane rejony, gdzie nie wolno się zapuszczać, ta tajemniczość jest intrygująca. Nikogo nie pozostawia obojętnym.

Są dni, że prawie o nim nie myślę. Tak bardzo zachwyca mnie nowa rzeczywistość wokół, że zapominam o tym co zostało w Polsce. Innym razem wszystko o nim przypomina, wyraźnie widzę jego zalety na tle innych. Zerkam sobie czasem na jego zdjęcia, próbuję być na bieżąco z jego sprawami, ale coraz dalej mi tam do niego. Co będzie po moim powrocie? W którą stronę pójdziemy? Ze mną, beze mnie, P. sobie poradzi, niejedno już przeszedł. Ale może będę w stanie mu zaoferować coś więcej. Nawet jeśli chodziłoby li i jedynie o niemiecki na poziomie A2.

Pewnie idealizuję go z daleka, zapominam powoli o wszystkim co mnie w nim wkurzało, a pamiętam to co piękne. Wrócę i się rozczaruję, jak to bywa. Po paru dniach będzie po staremu? Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma?

Poznań, I love you and I miss you so much!

środa, 20 czerwca 2012

Zmokłeś ty, zmokłam ja, zmokły na drzewach kawki

Temperatury za oknem iście tropikalne, wilgotność powietrza wyższa niż ustawa przewiduje. Jak tu żyć? Dziś rano okazało się, że 7.30 to już za późno na bieganie. Jest już za gorąco. Trzeba spróbować wcześniej wstawać. Może w piątek.

Z góry przepraszam za jakość notki. Przez te upały wszystko i wszyscy kleją się do wszystkiego i wszystkich, ale myśli jakoś nie chcą się kleić.

Ostatnie dni mijały w rytmie: "mecz-piwo-piwo-mecz-zajęcia-piwo-mecz-impreza-piwo-piwo-piwo-oezualemisnieniechce-piwo-mecz". Kulminacją była sobota i wyjątkowo obfitujący we wrażenia wieczór. A w niedzielę rano w końcu poszłam na polską mszę. Było jak to w parafii, po mszy za to przed kościołem dało się słyszeć znajome "No wkurzyli mnie wczoraj, musiałem się napić".
Z Polakami już jakoś tak jest, gdzie się nie ruszyć tam się znajdą, albo znajdzie się ktoś kto się przyznaje do polskich korzeni. Ostatnio np. kolega z Chicago, taki tam Andy. Bądź też mój ulubieniec (chociaż, według Marcina on wygląda "jak ziemniak". A według mnie on wygląda jak Marcin:) Karol Stanisław Radomski, odrobinę tylko sfrancuszczony. Prowadzę sobie z nim niekończące się rozmowy o przyjaźni posko-francuskiej, już mu wyłożyłam co my myślimy o Napoleonie. I skąd się wzięła nasza najnowsza konstytucja. Wyjątkowo wdzięczny słuchacz.

Idalia przed wyjazdem powiedziała mi jedną rzecz. "Jak pomieszkasz trochę w Niemczech to docenisz Francję i Francuzów." O losie, jak bardzo miałaś rację!

W ubiegłym tygodniu zaczęłam i skończyłam czytać książkę o niedźwiedziu Wojtku. http://www.empik.com/niedzwiedz-wojtek-niezwykly-zolnierz-armii-andersa-orr-aileen,prod60690598,ksiazka-p Trochę słyszałam o tej historii, ale niestety nie jest to fakt jakoś szczególnie rozpowszechniony wśród ludzi w moim wieku. A to się na film nadaje.
Książkę czyta się rewelacyjnie, autorka jest Szkotką i bardzo ciepło wypowiada się o Polakach. A my lubimy jak ktoś nas chwali. Przy tym dość rzetelnie opisane jest tło historyczne, jednak bez popadanie w paramilitarne szczegóły.  Fantastyczna lektura, zwłaszcza jak się po 2 miesiącach za bardzo zaczyna lubić Niemców. O tak, wybaczamy, ale nie zapominamy.

Jest też nowy wątek w wątku fińskim. Santtu oświadczył się swojej dziewczynie w Salzburgu. Ta to ma szczęście, co za okolica na zaręczyny, no no... Chyba więc polecimy na ślub. 

Zaginęło mi mleko. Kupiłam w sobotę karton i nawet nie zdążyłam go otworzyć. W poniedziałek mleka w lodówce nie było. Napisałam więc wiadomość do "Złodzieja mleka" i lojalnie ostrzegłam- "wiem gdzie mieszkasz". Oby się sprawa jakoś polubownie rozwiązała, bo jeśli nie, to tak tego nie zostawię. Karton mleka piechotą nie chodzi.

Myślami jestem z moimi gwiazdami, które kończą właśnie studia. Paula, Basi- młode, genialne, pójdą w świat z wyższym wykształceniem wprost z Uniwersytetu im.Adama Mickiewicza, piękna przyszłość przed nimi. Moje drogie panie magistry...