Hej ho!
Były dziś zajęcia, na które nie jestem zapisana. Nie było tych, na które jestem zapisana. Mam nadzieję, że jutro już będzie wszystko ok. Ze studentów poznałam: całą chmarę Koreanek, Magdę z UEP, nawet jednego Niemca...No i Francuzów.
Bardzo to wszystko zabawne jest. Współlokatorzy nie są dziwni, po prostu nie wszyscy mówią po angielsku. Tajska zupa w Poznaniu i tajska zupa w Ingolstadt (przygotowana przez Taja:), to zupełnie inne historie. Próbują nas tu wrobić w międzynarodowy wieczór kulinarny, a Ukrainiec z Hiszpanii, studiujący w Londynie a tu będący na Erasmusie, namawia mnie na lepienie pierogów. Zgodzę się pod warunkiem, że odpuści barszcz ukraiński. Kuchnia to już totalny odlot jest, wręcz dziwnie się czuję podgrzewając tylko zapasy z domu i merdając gorące kubki. Oni tu gotują. Z warzyw. Z mięsa. Z przyprawami. Ja wam jeszcze pokaże! Ale zanim upiekę ciasto, przydałoby się umyć piekarnik...:)
Jutro kolejne wyzwania. W tym papierkowe. Zobaczymy...
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
niedziela, 15 kwietnia 2012
Living on my own
W Ingolstadt pada.
Rano byłam w kościele, o tym za chwilę. Reszta dnia bardzo leniwa, chociaż oparłam się pokusie obejrzenia DSDS (Idi!:) i trochę posprzątałam w kuchni. Bo jak mi się Zeitung przykleił do stołu to musiałam... Mieszkanie w wieloosobowym kolektywie ma swoje wady, bałagan jest pierwszą i podstawową. Trzaskanie naczyń wyciąganych ze zmywarki o 8 rano w niedzielę, chociaż mnie obudziło, jest w gruncie rzeczy miłe i przypomina dom. Jest jeszcze jeden szczegół. Panowie są tu w przeważającej większości, także awantura o opuszczanie klapy wisi w powietrzu.
Co do kościoła. Jak już zameldowałam, w Niemczech nie wypada mówić, że drzwi były zamknięte "z obawy przed Żydami". Co mnie dziwi? Mimo osławionego "podatku kościelnego", składka i tak jest. Znaczy msza ważna. Sam kościół franciszkański przepiękny, ale te ławki...oparcie wbija się akurat w miejsce pod łopatkami, uniemożliwiając garbienie się. Z drugiej strony, klęcznik są obite i bardzo komfortowo się klęczy. Warto dodać, że klęczą tu więcej niż u nas. Bardzo porządnie, bardzo! Są też dziewczynki-ministrantki, a lud bardzo przyzwoicie śpiewa ze śpiewników. Rozumiałam głównie "Alleluja" i jeszcze może ok. 20 słów.
Jutro zaczynam zajęcia. Nie mogę się doczekać! Tschuss!
Rano byłam w kościele, o tym za chwilę. Reszta dnia bardzo leniwa, chociaż oparłam się pokusie obejrzenia DSDS (Idi!:) i trochę posprzątałam w kuchni. Bo jak mi się Zeitung przykleił do stołu to musiałam... Mieszkanie w wieloosobowym kolektywie ma swoje wady, bałagan jest pierwszą i podstawową. Trzaskanie naczyń wyciąganych ze zmywarki o 8 rano w niedzielę, chociaż mnie obudziło, jest w gruncie rzeczy miłe i przypomina dom. Jest jeszcze jeden szczegół. Panowie są tu w przeważającej większości, także awantura o opuszczanie klapy wisi w powietrzu.
Co do kościoła. Jak już zameldowałam, w Niemczech nie wypada mówić, że drzwi były zamknięte "z obawy przed Żydami". Co mnie dziwi? Mimo osławionego "podatku kościelnego", składka i tak jest. Znaczy msza ważna. Sam kościół franciszkański przepiękny, ale te ławki...oparcie wbija się akurat w miejsce pod łopatkami, uniemożliwiając garbienie się. Z drugiej strony, klęcznik są obite i bardzo komfortowo się klęczy. Warto dodać, że klęczą tu więcej niż u nas. Bardzo porządnie, bardzo! Są też dziewczynki-ministrantki, a lud bardzo przyzwoicie śpiewa ze śpiewników. Rozumiałam głównie "Alleluja" i jeszcze może ok. 20 słów.
Jutro zaczynam zajęcia. Nie mogę się doczekać! Tschuss!
sobota, 14 kwietnia 2012
Ingolstadt, dzień 1.
Mama: - A masło weźmiesz?
Agata: - Ja tu już nic nie zmieszczę!
Mama - Ale jak to tak bez masła, grozi ci ślepota!
Serce matki jest niezawodne. Mi samej trudno wyobrazić sobie życie bez masła gostyńskiego. Bo masło gostyńskie jest najlepsze i basta. Kto nie wierzy, niech spróbuje. Poza tym, każdy kucharz przyzna, że odrobina masła dodana do potrawy zawsze polepszy jej smak. Jedliście ciasta francuskie? Przecież to samo masło jest tak w gruncie rzeczy. A jak babcie smażą naleśniki, to zawsze na masełku, niach niach.
Masło jako figura stylistyczna symbolizuje więc ciepło domu rodzinnego, niezdrową w nadmiarze przyjemność i niezbędne do życia składniki odżywcze. Bez masła można żyć, ale co to za życie. A gdy proponuje się armaty zamiast masła, to jest już bardzo źle, chociaż koniunktura się polepsza.
Blog w założeniu ma być o Erasmusie, samodzielnym życiu, życiu w Niemczech i w międzynarodowym mieszkaniu z 11 osobami. Co z tego wyniknie? To się okaże.
Nie:
- Nie będzie zdjęć. Nie jestem Kasią Tusk. Poza tym nie lubię, nie umiem, nie wzięłam aparatu.
- Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.
Tak:
- Będzie subiektywnie i "z pamiętnika starego subiekta", skoro już piszę, to o wszystkim i o niczym.
- Będzie wbrew stereotypom.
Pozdrawiam serdecznie z mojego ciasnego, ale własnego pokoiku. Zabałaganiony jest już zupełnie "swój".
Auf Wiederlesen!
Subskrybuj:
Posty (Atom)